Indeks publikacji prasowych

lata 2025-1981

2025.03.08 >> Pilanie w twórczości alternatywnej – kronika, Aleksandra i Łukasz Czarny, Andrzej Karpiński, fragment tomu 1. >> pdf

2017.04.16 >> portal kulturapoznan.pl, Sebastian Gabriel, Poznań.

2017.01.19 >> Wydawnictwo Miejskie, Muzyka, Elżbieta Woźna, Poznań.

2017.01.19 >> portal Gazety Wyborczej-Co jest Grane?, Poznań.

2016.04.01 >> Kulturalnik Poznański, kwartalnik Towarzystwa PTAAAK nr1(1), Jacek Kasprzycki, Poznań

2015.12.02 >> Głos Wielkopolski, Kamila Placko-Wozińska, Poznań.

2015.10.15 >>  Głos Wielkopolski, Kamila Placko-Wozińska, Poznań.

2015.10.15 >> Polska-Canada Magazyn Twórczy.

2015.09.17 >> Głos Wielkopolski, Kamila Placko-Wozińska, Poznań.

2015.06.26 >> Gazeta Wyborcza-Co jest Grane? (TOG), Toruń.

2014.12.13 >> Głos Wielkopolski, Kamila Placko-Wozińska, Poznań.

2014.02.24 >> portal Muzyka.pl, Tomasz Nowak, Poznań.

2014.02.22 >> Głos Wielkopolski (MAZ), Poznań.

2014.02.21 >> Głos Wielkopolski, Poznań.

2014.02.19 >> portal kulturapoznan.pl, Tomasz Janas, Poznań.

2012.04.17 >> ReR Megacorp, wywiad pt. „Moim zdaniem” Chrisa Cutlera z Andrzejem Karpińskim do The Point`s East Box, Londyn.

2010. >> portal Tapczan.info, Roman Sebastyński.

2009.03. >> Punx not dead, Paweł Boroń.

2008.09.15 >> Gazeta Wyborcza, Tomasz Janas, Poznań, recenzja koncertu „Operacja Media”

2008.09.12 >> Gazeta Wyborcza, Tomasz Janas, Poznań, zapowiedź koncertu „Operacja Media”

2008.08. >> Informator ARS2 nr48, Henryk Palczewski, Piła.

2008.04.04 >> Gazeta Wyborcza-Co jest grane?, Tomasz Janas, Poznań.

2008.08. >> Lampa nr9(54), Paweł Gołoburda, Warszawa.

2007.03.19 >> Gazeta Wyborcza, Tomasz Janas, Poznań.

2007.03.13 >> Tygodnik Nowy, Henryk Palczewski, Piła.

2007.02.25 >> Życie Warszawy, Wojciech Lada, Warszawa.

2006.02.22 >> Gazeta Wyborcza-Co jest grane?, Tomasz Janas, Poznań.

2006.11.04 >> Lampa, „Awangarda jest jak parowóz” Paweł Gołoburda, Henryk Palczewski. >> pdf

2006.09.25 >> portal reymont.pl, Łódź.

2006.06.29 >> portal nowamuzyka.pl, Piotr Tkacz, Poznań.

2006.06.27 >> Gazeta Wyborcza, Tomasz Janas, Poznań.

2006.06.23 >> Gazeta Wyborcza, Tomasz Janas, Poznań.

2006.06.19 >> Gazeta Wyborcza, Tomasz Janas, Poznań.

2006.06.03 >> Gazeta Wyborcza, SW, Poznań.

2006.06.02 >> Gazeta poznańska, A.F., Poznań.

2006.06.02 >> Głos Wielkopolski, Marcin Kostaszuk, Poznań.

2006.06.02 >> Gazeta Wyborcza, Tomasz Janas, Poznań.

2006.03.07 >> Miejski Informator Multimedialny, Poznań.

2006.03.03 >> Gazeta Wyborcza-Co jest grane?, Tomasz Janas, Poznań.

2006.06.20 >> Gazeta Wyborcza, Tomasz Janas, Poznań.

2006.01.20 >> Głos Wielkopolski (kar), Poznań.

2006.01.19 >> portal Gazeta Wyborcza, Tomasz Janas, Poznań.

2005.01.07 >> Gazeta Wyborcza, Michalina Dolińska (MIDOL), Poznań.

2005.01.07 >> Gazeta Wyborcza-Co jest grane?, Tomasz Janas, Poznań.

2004.07.24 >> Gazeta Wyborcza, Katowice.

2004.07.20 >> Puls Biznesu, Ryszard Gromadzki, Warszawa.

2004.07.11 >> Serpent.pl, Krzysztof Piekarczyk, Lublin.

2004.03. >> portal rockmagazyn.com, Izabela Larisz.

2004.01.05 >> Gazeta Wyborcza, Tomasz Janas, Poznań.

2003.11.14 >> Gazeta Wyborcza-Co jest grane?, Tomasz Janas, Poznań.

2003.11. >> Activist nr11, Warszawa.

2003.06.25 >> Gazeta Wyborcza nr146, Ewa Obrębowska-Piasecka, Poznań.

2003.06.23 >> serwis E-muzyka.pl

2003.06.05 >> Gazeta Pomorska (erka), Włocławek.

2003.06. >> City Magazine nr6(34), Poznań.

2003.06. >> Aktivist nr 6, Rafał księżyk, Warszawa.

2003.06. >> Poznański Informator Kulturalny IKS, Poznań.

2003.06.24 >> Głos Wielkopolski nr145 (MM), Poznań.

2003.06.23 >> Głos Wielkopolski nr145 (MM), Poznań.

2003.04.14 >> Gazeta Wyborcza, Tomasz Janas, Poznań.

2003.04.12 >> Gazeta Wyborcza, Michalina Dolińska (MIDOL), Poznań.

2003.04.11 >> Gazeta Wyborcza, Tomasz Janas, Poznań, zapowiedź koncertu Reportaż „Gulasz z Serc”

2003.04. >> Poznański Informator Kulturalny IKS, Poznań.

2003.04. >> Aktivist nr4, Rafał księżyk, Warszawa.

2003.04. >> Mapa-Poznań nr 24, Poznań.

2003.04. >> Informator ARS2 nr36, Henryk Palczewski, Piła.

2003.03.13 >> TerraArt.pl, Krzysztof Piekarczyk, Lublin.

2002.12. >> Informator ARS2, Henryk Palczewski, Piła.

2002.11.23 >> Gazeta Wyborcza, Ewa Obrębowska-Piasecka, Poznań.

2000.08. >> Informator ARS2 nr28, Henryk Palczewski, Piła.

2002.10.20 >> blog 3-cie Ucho Rock & Jazzavantgarde, Zygmunt Gruntkowski, Kraków.

1998.03.01 >> Brum, Rafał Księżyk, Warszawa.

1996.02. >> Informator ARS2 nr28, Henryk Palczewski, Piła.

1991.08. >> Informator ARS2 nr09, Henryk Palczewski, Piła.

1991.01. >> Informator ARS2 nr18, Henryk Palczewski, Piła.

1989.11. >> Informator ARS2 nr07, Henryk Palczewski, Piła.

1989.07. >> Informator ARS2 nr04, Henryk Palczewski, Piła.

1989.06.01 >> Non Stop nr 6, Jah Rusal, Warszawa, recenzja płyty „Wybór”

1989.01.23 >> Expres Poznański, Kamila Placko-Wozińska, Poznań.

1988.10. >> W.I.K. Magazyn Kulturalny Warszawy, Jerzy Bojanowicz.

1988.11. >> Magazyn Muzyczny Jazz nr357, Warszawa.

1988.11. >> Informator ARS2 nr2(03), Henryk Palczewski, Piła.

1988.08. >> Magazyn Muzyczny Jazz nr354, Warszawa.

1988.07. >> Wayside Catalogue, USA.

1988.05. >> Informator ARS2, Henryk Palczewski, Piła.

1988.05. >> Magazyn Razem, Sławomir Gołaszewski, Warszawa.

1988.04. >> Gazeta Poznańska, Poznań.

1988.03. >> Poza Nurtem, Ryszard Chomicz nr2(3), Poznań.

1988.03. >> Expres Poznański, Kamila Placko-Wozińska, Poznań.

1987.11. >> Informator ARS2, Henryk Palczewski, Piła.

1987.10. >> Jednodniówka Studencka Spojrzenia, Dariusz Klincewicz.

1987.04. >> Non Stop, Warszawa.

1987.04. >> Tygodnik Pilski, Piła.

1987.04. >> Expres Poznański, Kamila Placko-Wozińska, Poznań.

1987.04.25 >> Sounds Magazine, Jack Barron, Londyn

1987.04.18 >> Melody Maker, Simon Reynolds, Londyn

1987.03.29 >> Tygodnik Pilski nr 13 (375), Henryk Palczewski, Piła

1987.02.01 >> Magazyn Muzyczny nr 2 (336), Wiesław Królikowski, Warszawa

1986.12.01 >> Non Stop nr 12 (171), Miłosz Wiśniewski, Warszawa

1986.11.03 >> Magazyn Muzyczny nr 11 (333), Grzegorz Brzozowicz, Warszawa

1986.09.01 >> Niezależny Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 21, felieton pt. „Moim zdaniem” Andrzej Karpiński, Piła

1986.07.20 >> Tygodnik Pilski nr 29 (339), Henryk Palczewski, Piła

1986.06.07 >> Tygodnik Pilski nr 23 (333), Henryk Palczewski, Piła

1986.03.15 >> Niezależny Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 19, Henryk Palczewski, Piła

1986.03.01 >> Non Stop nr 03 (162), Cezary Bystrzycki, Warszawa

1986.01.01 >> Non Stop nr 01 (160), Cezary Bystrzycki, Warszawa

1985.12.15 >> Tygodnik Pilski nr 50 (308), Henryk Palczewski, Piła

1985.12.14 >> Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 17, Henryk Palczewski, Piła

1985.12.08 >> Tygodnik Pilski nr 49 (307), Henryk Palczewski, Piła

1985.12.01 >> Tygodnik Pilski nr 48 (306), Henryk Palczewski, Piła

1985.11.24 >> Tygodnik Pilski nr 47 (305), Henryk Palczewski, Piła

1985.11.01 >> Non Stop nr 11 (158), Cezary Bystrzycki, Warszawa

1985.10.05 >> Non Stop nr 10 (157), Jerzy Bojanowicz, Warszawa

1985.09.01 >> Re Records Quarlterly Vol.2, Chris Cutler, Henryk Palczewski, Londyn

1985.07.03 >> Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 13, Henryk Palczewski, Piła

1985.06.03 >> Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 12, Henryk Palczewski, Piła

1985.05.03 >> Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 11, Henryk Palczewski, Piła

1985.03.05 >> Recommended Records Catalogue, Chris Cutler, Londyn

1985.03.04 >> Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 10, Henryk Palczewski, Piła

1985.03.01 >> Marquee nr 019, Henryk Palczewski, Tokio, Japonia

1985,03.01 >> Gazeta Poznańska, Marek Nowak ps. Bemol, Poznań

1985.02.17 >> Tygodnik Pilski nr 07 (265), Henryk Palczewski, Piła

1985.02.01 >> Non Stop nr 2, 149, Jerzy Bojanowicz, Warszawa

1984.12.01 >> Marquee nr o16, Henryk Palczewski, Tokio, Japonia

1984.11.01 >> Non Stop nr 11 (146), Sławomir Gołaszewski, Warszawa

1984.10.14 >> Magazyn Razem nr 42 (405), Kamil Sipowicz, Warszawa

1984.10.07 >> Magazyn Razem nr 41 (404), Henryk Palczewski, Warszawa

1984.10.05 >> Tygodnik Pilski nr 40 (245), Henryk Palczewski, Piła

1984.10.04 >> Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 08, Henryk Palczewski, Piła

1984.09.28 >> Tygodnik Pilski nr 39 (244), Henryk Palczewski, Piła

1984.09.09 >> Tygodnik Pilski nr 38 (243), Henryk Palczewski, Piła

1984.09.06 >> Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 07, Henryk Palczewski, Piła

1984.09.02 >> Tygodnik Pilski nr 37 (242), Henryk Palczewski, Piła

1984.09.01 >> Open System Project nr 08, A. C., Belgia

1984.07.01 >> OP Magazine nr 10, Victoria Glavin, Nowy Jork, USA

1984.06.01 >> Non Stop nr 6 (141), Roman Rogowiecki, Warszawa

1984.04.01 >> Dziennik Ludowy nr 13, Henryk Palczewski, Warszawa

1984.04.01 >> Improvisor – The Magazine Journal of Free Improvisation, nr 04, LaDonna Smit, Nowy Jork, USA

1984.02.01 >> Non Stop nr 2 (137), Roman Rogowiecki, Warszawa

1983.12.02 >> Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 04, ARS2, Henryk Palczewski, Piła

1983.09.08 >> Magazyn Muzyczny nr 5, Jerzy Rzewuski, Warszawa

1983.08.10 >> Magazyn Muzyczny nr 4, Jerzy Rzewuski, Warszawa

1983.08.05 >> Gazeta Młodych, autor nieznany, Warszawa

1983.08.05 >> Non Stop nr 08 (131), Roman Rogowiecki, Warszawa

1983.08.01 >> Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 03, ARS2, Henryk Palczewski, Piła

1983.06.25 >> Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 02, ARS2, Henryk Palczewski, Piła

1983.06.10 >> Express Poznański, Kamila Placko-Wozińska, Poznań

1983.06.10 >> Spojrzenia jednodniówka studencka, Dariusz Klincewicz, Poznań

1983.06.10 >> Gazeta Poznańska, Marek Nowak ps. Bemol, Poznań

1983.06.10 >> Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 01, ARS2, Henryk Palczewski, Piła

1983.05.28 >> Dziennik Zachodni, Marek Nowak ps. Bemol, Poznań

1983.05.03 >> Informator P.Z. (Pod Ziemią) nr 00, cz. I i cz. II, ARS2, Henryk Palczewski, Piła

1983.04.17 >> Magazyn Razem nr 16(327), Kamil Sipowicz, Warszawa

1982.03.01 >> Jazz Forum nr 76, Marek Wiernik, Warszawa, o zespole SOC

1981.11.20 >> Gazeta Zachodnia, Krzysztof Wodniczak, Poznań, o zespole SOC po II Festiwalu Zespołów Nowofalowych w Toruniu

1981.11.15 >> Spojrzenia jednodniówka studencka, Dariusz Klincewicz, Poznań, o zespole SOC po II Festiwalu Zespołów Nowofalowych w Toruniu

1981.07.01 >> Non Stop, Jerzy Bojanowicz, Warszawa, o zespole Sten po festiwalu Nowa Fala na Odrze

1981.06.20 >> Gazeta Zachodnia, Krzysztof  Wodniczak, Poznań, o zespole Sten

1981.06.19 >> Gazeta Zachodnia, Krzysztof  Wodniczak, Poznań, o zespole Sten

1981.06.11 >> Ekspres Poznański, Kamila Placko-Wozińska, Poznań, o zespole Sten

2016 KWIECIEŃ PRASA

O RECITALU SUPLEMENTONY I PROJEKCIE NEWS FROM DOM

2016.04.01 – Kulturalnik Poznański PTAAAK nr 01 Polskiego Towarzystwa Artystów Autorów i Animatorów Kultury, Jacek Kasprzycki >> pdf

Muzyczne REPORTA Ż-e Andrzeja Karpińskiego. Andrzej Karpiński jest artystą wielu mediów. Kompozytorem, improwizatorem, autorem tekstów, artysta wizualnym. Okazjonalnie: pianistą, gitarzystą, realizatorem dźwięku. Jacek Kasprzycki. Tworzy własną, bardzo indywidualną muzykę i jest wybitnym mistrzem techniki plastycznej zwanej: airbrush, czyli bardziej po polsku: aerografu. Modnej w latach 80, obecnie nieco (ale nie do końca) wypartej przez programy cyfrowe do obróbki zdjęć i grafiki. Aerografem tworzy dzieła autorskie i zleceniowe. Narzędziem tym posługuje się po mistrzowsku. Mogliśmy jego realizacje nie tak dawno podziwiać w Pracowni-Muzeum J. I. Kraszewskiego Biblioteki Raczyńskich na ulicy Wronieckiej w Poznaniu. Ostatnio koncertuje na wernisażach wystaw sztuki wizualnej i uczestniczy w festiwalach muzyki współczesnej za granicami kraju np. Gare aux Oreilles, Schiphorst Avangarde Festival i w Polsce, takich jak np. CoCArt Music Festival w toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej. Gra na perkusji, posługuje się wieloma instrumentami, własnym głosem i współczesną elektroniką. Jest fanatykiem miniaturowych klawiatur – ostatnio enerdowskiego amerykańskiego instrumentu, którego wyprodukowano w swoim czasie kilkaset sztuk zaledwie. Od pewnego czasu – co można prześledzić w Internecie – tworzy SUPLEMENTON Y. Jak sam mówi: (…) wymyśliłem (je) dwa lata temu. Te krótkie, improwizowane formy muzyczne mają uatrakcyjniać wernisaże malarstwa. Zapoznaję się wcześniej z artystami i ich obrazami, przygotowuję odpowiednie instrumentarium i staram się całość skomentować muzycznie.” Droga muzyczna Andrzeja Karpińskiego prowadzi od punk rocka poprzez nową falę lat 80., do współczesnej postmodernistycznej awangardy muzycznej. Założony przez niego 30 lat temu alternatywny REPORTAŻ istnieje do dzisiaj. Andrzej jest autorem wielu unikatowych projektów muzycznych: Pogady, Pogofonic, Bezsensory, Głos z Wielkopolski czyli Domowy Wyrób Kiełbas. Wypowiada się w obszarze: od muzyki improwizowanej, poprzez zaangażowane społecznie utwory aranżowane, do muzyki ilustracyjnej, słuchowisk radiowych i filmu. Eksperymentuje w zakresie redukcji instrumentarium: do głosu i klasycznej perkusji. Andrzej inspiruje się twórczością wielu artystów i kompozytorów, niemniej to co robi cechuje tylko (i wyłącznie) „własny charakter pisma”. Mówi. iż największy wpływ miała na niego współpraca z komponującym onegdaj dla Braci Quay: Lechem Jankowskim (głośny film „Institute Benjamenta”), Arnoldem Dąbrowskim (Teatr Ósmego Dnia m in. muzyka do filmów Jacka Kasprzyckiego i Tamary Sorbian oraz dla TV Studia Filmów Animowanych) i Chrisem Cutlerem. Jego recital „NEWS from DOM” to 30 minutowa improwizowana ilustracja muzyczna do wernisażu moich prac z cyklu RETRO (Retrospektywa +Retrospekcja+Retrogaming): improwizowane, konstruktywne ilustracje połączone ze swoistym muzycznym komentarzem do obrazów. Jak sam stwierdza: „Nie chcę tworzyć zapisu bezużytecznej chwili lub chmury dźwięków o niczym. Nie chodzi o show, wymyślanie czegoś na siłę, psucie lub udziwnianie gry na instrumentach. Staram się unikać przypadku, eksperymentować nie z instrumentem lub dźwiękiem, ale z muzyką. Chcę prostymi środkami zbudować opowiadanie muzyczne, którego celem jest PRA WDA o wykonawcy, estetyka i forma muzyczna możliwie bliska mi biologicznie. Elektroniki używam tylko do przekształcania klasycznych instrumentów i głosu. Gdy mieszam ich brzmienie, trudno rozpoznać aktualne źródło dźwięku, słuchacz przenosi się w głąb treści i o to mi właśnie chodzi. Recital ma się kończyć jak najdłużej po wykonaniu, ma tworzyć WSPOMNIENIE. Jeśli tak się nie stanie – tracimy CZAS”. Andrzej Karpiński komponuje i wykonuje muzykę od 1982 roku. W latach 80. współtworzył punk rockowe kapele Sten i Socrealizm. Po rozwiązaniu grupy Sten w Poznańskim Liceum Sztuk Plastycznych, powołuje do życia z Marzeną Kaczmarek (obecnie Karpińską) (mini klawiatury, głos) i Piotrem Łakomym (git. basowa, głos) projekt „Reportaż”. Od początku działalności główną ofertą grupy była muzyka improwizowana oraz przekaz treści zaangażowanych społecznie. Promocją grupy zajmuje się wtedy Henryk Palczewski (ARS2). Powstają wtedy projekty; „Piedestał”, „Łosoś”, „Witraż”. Do zespołu dołącza Jacek Hałas (fortepian, głos), grupa tworzy programy koncertowe; „Domator”, „Muzyka Potrzebna”, „Prosimy Nie Powtarzać”, „W Oczekiwaniu Na To Samo”, „Prawo Ciążenia”, „Wybór”. W latach 80. XX w., muzyka Reportażu zostaje wydana na wielu kasetach i płytach niezależnych wydawnictw z Polski, USA, Belgii, Francji i Włoch. Każdy koncert ma osobną tematykę, scenografię i charakter teatralny. Od roku 1985 grupa działa w składzie; Andrzej Karpiński, Arnold Dąbrowski (fortepian, syntezator, głos), Paweł Paluch (fagot). Powstaje wtedy projekt „W Górę Rzeki”. Zespół wydaje w Anglii LP „Up the River” (Recommended Records – 1988) w kraju LP „Reportaż” (Tonpress -1987). Koncertuje w Polsce z Skeleton Crew (Fred Frith, Tom Cora), a także na warszawskim festiwalu Marchewka’87 obok takich wykonawców jak; David Thomas, Chris Cutler, The Wooden Birds, Minimal Compact, The Ex, Test Dept., Kempec Dolores, Pociąg Towarowy, Radio Warszawa. Promocją grupy zajmuje się Henryk Palczewski z ARS2c oraz Chris Cutler z Recommended Records. Reportaż uczestniczy w sesjach nagraniowych Lecha Jankowskiego do filmów Braci Quay (m.in.; Institute Benjamenta). Współpracuje ze znanym reżyserem radiowym Waldemarem Modestowiczem. Trafia do radia, teatru i filmu. W latach 2002/2004 „Reportaż”, to muzyczny „teatr jednego aktora”. Powstają wtedy solowe programy koncertowe i dwie płyty: „Gulasz z Serc” i „Muzyka do Tańca”. Druga, w części pochodzi ze spektaklu dla Atelier Polskiego Teatru Tańca („Gra I Czas” w choreografii Iwony Pasińskiej). Płyty „Reportażu” trafiają do znanych wydawnictw: Cuneiform Records (USA), Recommended Records (obecnie ReR Megacorp) (GB). Projekty te prezentowane są na festiwalach muzycznych, teatralnych i filmowych (Malta, Era Nowe Horyzonty, Zdaerzenia 2003/2004). Zespół inauguruje serię 20. koncertów na puszkach po farbach (Automechanika, Frankfurt nad Menem, 2004), a z inicjatywy Guigou Cheneviera z francuskim gitarzystą Nicolasem Chatenoud Andrzej Karpiński zakłada w 2005 r. duet Pogofonic, z którym koncertuje w kraju i za granicą (m.in. na Gare aux Oreilles w Avignon/Coustellet, 2007). Od 2004 r. Reportaż to duet Andrzeja Karpińskiego, najpierw z kontrabasistą Bogdanem Mizerskim, a potem z pianistą i operatorem urządzeń analogowych Witoldem Oleszakiem. Nagrywają oni płytę CD Bezsensory (ARS2, 2005) oraz tworzą wydarzenie muzyczne: „Emotikony i Piktogramy”. Duet koncertuje też z wirtuozem liry korbowej Pascalem Lefeuvre (2004), gitarzystą (zarazem multiinstrumentalistą) guru autorytetem współczesnej muzyki alternatywnej improwizowanej Fredem Frithem (2006) i z angielskim perkusistą, kompozytorem, autorem tekstów piosenek, producentem muzycznym, wydawcą i teoretykiem muzyki Chrisem Cutlerem (2008). W 2010r. z żoną Marzeną Karpińską powstaje program koncertowy o historii Polski połączony z muzyką improwizowaną pt. „Głos z Wielkopolski czyli Domowy Wyrób Kiełbas”. Oprócz sarkastycznego przekazu treści, celem koncertów jest także osiągnięcie wysokiej jakości dźwięku. Andrzej unika typowych nagrań studyjnych, skupia się na muzyce „żywej” i dalej eksperymentuje z wykorzystaniem perkusji i własnego głosu. Obecnie artysta wiele koncertuje w Polsce [Mózg Powszechny (Warszawa), CSW Toruń, Galeria Perlegal, ODK Słońce, Galeria Rozruch (Poznań), Włocławek, Piła, etc.] dając indywidualne koncerty podczas wernisaży sztuk wizualnych. (zachowano oryginalną pisownię nazw i zwrotów)

2016-04-01-MUZYKA-15-PRASA-Andrzej-Karpiński-Kasprzycki-Jacek-Kulturalnik-Poznanski-Towarzystwo-PTAAAK-NR-1-str-40-41

2008 WRZESIEŃ PRASA

O KONCERTACH OPERACJA MEDIA

2008.09.15 – Gazeta Wyborcza, Tomasz Janas, Poznań, recenzja koncertu Reportaż w Poznaniu >> pdf

Sprzężenia, szmery, szumy, ale operacja się udała. W piątkowy wieczór na zamkowym dziedzińcu projekt „Operacja media” zaprezentował poznański Reportaż wraz z Chrisem Cutlerem. Żyjemy w świecie zdominowanym przez media. Dajemy się prowokować i manipulować, czasem nie wiemy już, co jest realną rzeczywistością, a co tylko wirtualną. Przyzwyczailiśmy się do życia w nieustannym szumie-szemrzących radioodbiorników, błyskających ekranów, telewizorów. Wszystko zdaje się być jednym wielkim kolażem, w którym większość zdarzeń błyskawicznie popada w banał. Tak można by zinterpretować rzeczywistość zaprezentowaną podczas piątkowego koncertu-spektaklu muzycznego przez zespół Reportaż. Projekt zatytułowali „Operacja media”. Trudno o bardziej wyrazistą nazwę przedsięwzięcia. Nie chodziło w nim o szczegółową wiwisekcję i analizę medialnych mechanizmów, raczej o skrótowe wskazanie impulsów, które uzależniają wielu z nas. Hasło „operacja” sami artyści potraktowali bardzo dosłownie. Stosownie do tematu wieczoru mieliśmy przygotowaną scenografię. Na estradzie migały włączone telewizory nadające reklamowo-niusową papkę, tuż nad muzykami lśniły lampy rodem z sali operacyjnej, a grający na instrumentach klawiszowych Witold Oleszak miał na sobie lekarski fartuch. Najważniejszym elementem w tym rozbudowanym systemie znaków i symboli była jednak oczywiście muzyka. Również i w tym sensie piątkowy wieczór był szczególnie atrakcyjny. O to bowiem duet Andrzej Karpiński – Witold Oleszak, którzy od pewnego czasu tworzą aktualny skład Reportażu, został wzmocniony na ten wieczór przez legendarnego Chrisa Cutlera. Co ciekawe, zarówno Cutler, jak i Karpiński zagrali tym razem na, w miarę tradycyjnych, w zestawach perkusyjnych. Obaj specjalizują się bowiem w graniu na perkusji wzmocnionej elektronicznymi przetwornikami dźwięku. Tym razem elektronika też brzmiała, ale niezależnie od bębnienia. A perkusja była tego wieczora w centrum zdarzeń. Słuchaliśmy wielu mocnych, silnie zrytmizowanych struktur brzmieniowych. Pojawiło się też oczywiście sporo sprzężeń, szumów, szmerów. Całość balansowała między rockowym dynamizmem, dalekim wspomnieniem etno a współczesną awangardą i muzyką elektroniczną. Mógłby ktoś powiedzieć, że to, co artyści chcieli przekazać, to prawdy oczywiste, wręcz banalne. Tyle że nawet takie warto sobie raz na jakiś czas uświadamiać. Zwłaszcza kiedy są przedstawione w ciekawej konwencji. W muzyce było sporo partii improwizowanych. Było jednak i kilka słabszych momentów, także w sensie przekazu słownego. Kiedy Karpiński odczytywał powyrywane z kontekstu krótkie fragmenty zdań, całość nabierała lekko absurdalnych znaczeń – zabawnych, ale i godnych refleksji. Gorzej było z własnymi tekstami o artystach i ich gnuśności. Te, przyznajmy, bywały momentami dość pretensjonalne. Najlepiej byłoby więc potraktować termin „projekt” jako działanie, które będzie się dalej rozwijało. W „Operacji Media” jest bowiem sporo świetnych pomysłów godnych rozwinięcia. Być może przypomną one słuchaczom, by z nieco większym dystansem traktować rzeczywistość kreowaną przez Media. Tomasz Janas. Podpis pod zdjęciem: Chris Cutler, a nad nim lampa rodem z sali operacyjnej… (zachowano oryginalną pisownię nazw i zwrotów)

zespół-REPORTAŻ-artykuł-autor-Tomasz-Janas-Gazeta-Wyborcza-15-września-2008

2008.09.12 – Gazeta Wyborcza, Co Jest Grane?, Tomasz Janas, Poznań, zapowiedź koncertu Reportaż „Operacja Media” z Chrisem Cutlerem w Centrum Kultury Zamek >> pdf

Niezwykłe spotkanie. Chris Cutler i Reportaż. Ten koncert powinien stać się wydarzeniem. Na zamkowym dziedzińcu spotkają się dwie legendy rockowej awangardy: światowa – Chris Cutler i krajowa – zespół Reportaż. Artyści wspólnie zaprezentują najnowszy projekt Reportażu zatytułowany „Operacja Media”. Czytamy w nim, że „odnosi się do roli mediów we współczesnym świecie widzianych przez muzyków z perspektywy Polski. Teksty, na które składają się głównie wyrwane z kontekstu fragmenty codziennej pracy, prezentowane są w formie melodeklamacji. Muzycy imitują odgłosy radia, telewizji i druku, przeprowadzając operację na „chorych” urządzeniach powielających. Atmosferę projektu uzupełnia specjalna scenografia. Dodajmy że wizyta Cutlera może być oczekiwana o tyle szczególniej, że artysta gościł w naszym mieście przed sześcioma laty, ale techniczne kłopoty uniemożliwiały mu wówczas zagranie koncertu. Cutler – perkusista grający też na instrumentach elektronicznych – już ponad trzy dekady temu pojawiał się w zespołach słynnego Freda Fritha. Wspólnie grali w Henry Cow czy Art Bears, które przeszły do historii rocka jako grupy szczególnie ważne, choć dalekie od wielkiej popularności. W późniejszych latach Cutler współpracował z innymi wielkimi zespołami – Residents i Pere Ubu. Ponad dwie dekady temu założył wytwórnię Recommended Records przedstawiającą istotne nagrania z kręgu, nie tylko rockowej awangardy. Jest również publicystą. Także w Polsce ukazała się jego książka „O muzyce popularnej”. O Reportażu możemy powiedzieć przynajmniej tyle, że od lat jedynym stałym jego członkiem jest performer, autor tekstów, kompozytor, perkusista Andrzej Karpiński. W ostatnich kilku latach wydał trzy świetne płyty „Gulasz z serc”, „Muzyka do tańca” oraz „Bezsensory”. W nagraniu ostatniej ze wspomnianych płyt lidera wspierał, grający na fortepianie elektrycznym, Witold Oleszak, uzupełniający aktualny skład Reportażu. Karpiński stał na czele zespołu od momentu jego powstania na początku lat 80. Zawsze proponował muzykę wymykającą się z rockowych schematów w stronę awangardy. Koncertował między innymi podczas Festiwalu Zespołów Nowofalowych w klubie Od Nowa w Toruniu i w Warszawie podczas słynnego festiwalu Marchewka. W 1988 r. ukazała się jedyna oficjalna wydana w Polsce analogowa płyta zespołu, zatytułowana po prostu „Reportaż” (nagrywał też dla Recommended Records). W ostatnich latach Karpiński współpracował także m.in. z kontrabasistą Bogdanem Mizerskim, francuskim gitarzystą Nicolasem Chatenoud czy grającym na lirze korbowej Pascalem Lefeuvre. Tomasz Janas. Dziedziniec Zamkowy, wejście od Alei Niepodległości. Chris Cutler & Reportaż, piątek, godz. 20, bilety 20 zł  (zachowano oryginalną pisownię nazw i zwrotów)

zespół-REPORTAŻ-artykuł-autor-Tomasz-Janas-Gazeta-Wyborcza-Co-Jest-Grane-12-września-2008
zespół-REPORTAŻ-artykuł-autor-Tomasz-Janas-Gazeta-Wyborcza-Co-Jest-Grane-12-września-2008

2003 KWIECIEŃ PRASA

O KONCERTACH GULASZ Z SERC

2003.04.11 – Gazeta Wyborcza, Co jest grane?, Tomasz Janas, Poznań, zapowiedź koncertu Reportaż w klubie Piwnica 21 >> pdf

Zespół kultowy, Reportaż w Piwnicy,  Piwnica 21, dziś, godz. 21. Piwnica 21 zaprasza w piątkowy wieczór o godz. 21:00 na występ legendy poznańskiej (i krajowej) rockowej awangardy – zespołu reportaż. Reportaż to dziś jednoosobowy projekt, który tworzy Andrzej Karpiński. Karpiński stał na czele zespołu od momentu jego powstania na początku lat 80. Zawsze proponował muzykę wymykającą się z rockowych schematów w stronę awangardy. Jak powiedział gdzieś Karpiński „Jeżeli odrzuciłeś wszystkie znane ci kryteria i kanony, to może kiedyś gdzieś się spotkamy „. Pierwszy koncert Reportaż dał w listopadzie 1982 r. w poznańskim klubie Wawrzynek. Później zespół koncertował m.in. podczas Festiwalu Zespołów Nowofalowych w klubie Od Nowa w Toruniu i w Warszawie podczas słynnego festiwalu „Marchewka”. W 1982 r. ukazała się jedyna oficjalnie wydana w Polsce analogowa płyta zespołu, zatytułowana po prostu „Reportaż” (były jeszcze nagrania zagraniczne, wydane przez słynną wytwórnię (Recommendent Records). W tym czasie zespół tworzyli Andrzej Karpiński – perkusja, teksty, śpiew, Piotr łakomy – gitara basowa, śpiew, Arkadiusz Dąbrowski – fortepian, organy, śpiew, Paweł Paluch – fagot, flety, cymbały, śpiew. Wśród wcześniejszych i późniejszych członków oraz współpracowników zespołu byli między innymi. Marzena Kaczmarek, Jacek Hałas, Cezary Ostrowski, Andrzej Łakomy, Krzysztof Pajfer. Podczas piątkowego koncertu zespół zaprezentuje program „Gulasz z serc”, który również niebawem ma się ukazać na płycie. TJ (zachowano oryginalną pisownię nazw i zwrotów)

REPORTAŻ - Gulasz z Serc, zapowiedź koncertu, 2003.04.11 Gazeta Wyborcza - co jest grane, Tomasz Janas

1989 CZERWIEC PRASA

O PŁYCIE LP WYBÓR

1989.06.01 – Non Stop nr 6, Jah Rusal, Warszawa, recenzja płyty Reportaż Wybór, LP Tonpress SX-T129 1987 >> pdf

Historia awangardy w Polsce to „biała plama”, której nawet międzynarodowy sztab naukowców nie wypełni. Ani formą, ani treści, ani słowami przypowieści. Zespół reportaż zapisuje swym istnieniem jeden fragment historii awangardy. Sięgnijmy do osobistych notatek najzagorzalszego fa na tej grupy, zarazem menadżera i współproducenta nagrań: Zespół powstał w listopadzie 1982, dyskografia obejmuje 6 kaset demo, pojedyncze kompozycje ukazały się na kasetach – kompilacjach we Francji, w USA i w Belgii, trzy utwory wydane zostały nakładem awangardowej wytwórni Recommended Records z Londynu (w 1986 zamknąć). Referencje, jakich nie powstydziłby się niejeden artysta rozrywkowo-gabarytowy. Albo teatralny. Onet referencje spowodowały wydanie płyty w Polsce. Trochę dla przykładu, trochę dla podkreślenia, że u nas też świat Wielki i Zamorski. A może i po to, żeby w planie produkcji odhaczyć pozycję „awangarda” i mieć to z głowy na następną pięciolatkę. Bo przecież wydanie tej płyty nie zwiększy u nas zainteresowania tego rodzaju muzyką. Ja sam, na swój własny użytek określam ten styl wykonawczy mianem „pitu pitu”, co stanowi skrót słowa „pitolenie”, w tym wypadku podniesione do kwadratu. Ale referencje obowiązują. Szkoda tylko, że nie zobowiązują artystów. Jach Rusal (zachowano oryginalną pisownię nazw i zwrotów)

Reportaż - recenzja płyty LP Wybór, Non Stop nr 6, autor Jah Rusal, Warszawa, 1 czerwca 1989 r.

1987 KWIECIEŃ PRASA

O MIĘDZYNARODOWYM FESTIWALU MUZYKI AWANGARDOWEJ MARCHEWKA

1987.04.25 – Curtain call for the East, Sounds Magazine, Jack Barron, Londyn >> pdf

Sounds Magazine jest brytyjskim tygodnikiem poświęconym muzyce pop/rock, wydawanym w latach 1970-1991. Znany jest z dołączania na rozkładówce magazynu plakatów początkowo czarno-białych, a od 1971 r. kolorowych. Magazyn specjalizuje się w relacjonowaniu heavy metalu oraz jako jeden z pierwszych na świecie punkiem i nową falą. Dziennikarze Sounds Magazine są autorami terminu „nowa muzyka”, który później stał się znany jako „ post-punk ”. Tygodnik poświęcony docelowo rockowi progresywnemu zakładają dziennikarze, którzy opuścili Melody Maker. Natomiast autor tego artykułu Jack Barron (*1954 +2025) w latach 1982-1998 pisze o muzyce dla magazynów Sounds, Zig-Zag, NME, Melody Maker, Guardian i Volume. Pracuje jako reżyser telewizyjny i montażysta programów telewizyjnych dla dzieci w Channel 4, Channel 5, ITV i Discovery. Jack Barron szczegółowo relacjonuje przebieg >> Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Awangardowej Marchewka Carrot. Ten artykuł napisał gdy miał 33 lata.

1987-04-25-MUZYKA-15-PRASA-zespol-Reportaz-festiwal-Marchewka-Jack-Barron-Sounds-Magazine

Curtain call for the East. Jack Barron gets an eyesore in Warsaw at the Carrot Festival when rock from the East unvells itself to the West. Photos by Eye And Eye. The Clusters of inflated condoms hanging from the roof are bobbing, the huge paper sausages are awaying and the several thousand people in the audience are caught midwaybetween baying and laughing. Onstage, dressed like a mismatch of a New Guinea tribesman and an alien reptile, the Dadaist leaderof Internationale Project Familija Radio Varsava ztrikes a snare drum between the wlwctronic pulses and screams what sounds like „Paranoia! Paranoia!” The direct translation, I`m assured, is „C****! C****!” We aren`t in the ICA, New York`s Cat Club, or any other Western art slum. Amazingly enough, this stage – which has already witnessed Germany`s mind-mincing Die Tdlische Doris rolling around naked and singing about homosexuality. Israel`s sublime soul searers Minimal Compact dealing out their „Deadly Weapons”, and Holland`s acerbic anarcho-punks, The Ex, slashing liberal guilt to pieces with their „Pokkeherrie” – is in the centre of Europe. And as my invitation said: „Poland is in the middle of Europe. Warsaw is in the centre of Poland. Gwardia Hall is in central Warsaw.” This three day Carrot Festival is the first international avant garde/alternative event to have taken plce in Eastern Europe. And that`s due to the vision and energy of the absurdist onstage screaming at us. A Yugoslavian, his name is Libero Pretic. He got the idea for Carrot round about the time he was working, as a dishwasher in London last August. Or so he says. „I was listening to Rod Stewart interviews on the radio, listening to him farting all these nonsenses on the air… Of course I felt like vomiting, and at that very moment I was thinking about inviting all these groups to Poland.” I`ll Meet you in Poland baby. So goes the refrain to Jim Thirwell`s satirical love song „twixt Hitler and Stalin – a reminder of the country`s bloody history. But not even the Foetus voice booming black humour down the headphones could mask as the LOT flight skims through the slate grey skies to Warsaw. The first time I came here was late `82, shortly after the iron fist of martial law punched out Poland`s poetic cheek. Two weeks cooped up in a bus with a Western rock group and ten beefcake security guards was no fun. The socond time, taking in festival in Lodz. I had my passport, and cameras stolen and ended up trapped in a lift at midnight between the 21 st and 22nd floors of one of the country`s swankiest hotels. I`ve still got a powerful case of ideological vertigo when the planes touches down in Warsaw. „There is in reality no Iron Curtain anymore,” reckons Walter Chelstowski. The mainman behind CCS, one of Poland`s few non-state studios, among his current musical projects shine 1,000,000 Bilgarians and Kosmetics Of Mrs Pinky. „Even after martial law each year has been getting a little better in freedom. For example, before it was impossible to even print the names of some bands like, say, SS20. Now you can say in the newspapers and radio virtually every name, even the most obscene.” As we disembark, coming from a country with four million unemployed to a nation of full employment, the curtain swings open to reveal: an economy where according to The Observer 40 percent of the population are living below the official poverty line; where the average wage is 20,000 zlotys per month and a video tape costs 22,000 Zs; where theprice of a non-licenced Western record is 5-8,000 Zs and…  Where the youth are mostly intensely friendly and creative precisely because a formal system of censorship still exist in the arts. And where a posse of people, brandishing the pper hats that serve most imaginatively as the Carrot Festival programme, wait to greet us. Piotr Mikta, our inspired translator, press rep Lydia and others from Alma Art beckon. AA are a student based organisation with 40 clubs and half a million members They`ve put up the majority of the estimated 13-14 million zlotys it`s costingto stage the festival. Now these facts and figures may seem a bit dry, but try imagining this: your nameis Libero. You play in a band whose idea of fun is to taunt the audience with electronic tapes about cars f****** trucks and spoons f****** forks before you appear in person behind a small papier mache mountain and proceed to joust with your compatriots using huge electric wands. Now imagine you want to raise the best part of a F 1,000,000  to bring like-minded strangers from around the world to a country that politically exist on conservative conformity. „I thought hewas a  nutter when he approached me with the idea last summer,” comments Nick Hobbs. The ultra-efficient singer of The Shrubs has organised tours of Poland on behalf of many Western bands and was involved in getting Everything But The Girl and Misty to Moscow last year. „There wassome problem getting permission from The Ministry Of Culture,” confirms Marek Zbrzezny, over a welcoming dinner. The vicepresident of Alma Art, he powered Libero`s notion through. „The Minister said he didn`t know of this music. He didn`t give a positive or negative opinion. He just said, It`s a short time to prepare this festival.” Carrot is in several senses a fait accompli where everything is argued over down to the size of posters. We`ve visited several bars but have yet to hear a bar of music. Outside the Gwardia Hall, like any other country, the security guards are letting people in cut price and pocketing the proceeds. Meanwhile, in the half-light of a chilly dusk we get an opportunity to take in the amount of work that has gone into Carrot. The aforementioned condoms, used because they`re cheaper than balloons, peer at us with a transparent leer from the ceiling. Along the upper tiers of the arena hang sheets painted with neo-primitive designs. The stage curtain is made from hunfreds of small pieces of paper and depicts the phallic vegetable wymbol of the event. „I chose a carrot because it`s an empty symbol without links to ideology, philosophy… but people still wanted to build an ideology around the carrot. It`s red, they said. Full of vitamin A; A equals anarchy etc.” grumbles Libero slyty. Reportaz, the Polish musical cntribution to the evening, are going, through their free form jazz paces. Jazz is a significiant subculture here but this cannot get around the fact that Reportaz sound like yesterday`s news. From Berlin, acompanied by rhytms of blood and Russian Film projector that refuses to work. Die Todlische Doris come on at first like disco dancers painted by Dali and swiftly go from plain strange to unplain weird. I`m not familiar with their muse but even at a distance it is clear their mating of theatricality and music explodes the boundaries of both with severely twisted humour. Taboo or not to boo? Well, in the interval the main topic of conversation in the audience is whether or not to heckie the first of two Russian contributions to Carrot, Zoltyje Pocztaliony aka The Yellow Postmen. the crowd decides not to. „because by appearing here the band will be blaming the Russian style of living.” I`m told. An amateur „underground” group, as opposed to officially sanctioned professionals, the Postmen from Riga specialise in absurdist lyrics. This is the first time they`ve appeared outside of Latvia let alone the USSSR. „Our main problem is we`re an electronic group yet we don`t have the necessary instruments to perform like one, ” they explain. Indeed they are. A tape of their music, given to me by Soviet critic Art Troitsky finds The Postmen perched between Depeche Mode and The Beatles. Nonetheless, introducted by a retired punch drunk boxer MC – „It`s important to break down age barriers,” reckons Libero – The Postmen skilfully recreate electronic pop on conventional instruments. As someone points out, „There are 320,000,000 people in Russia. If there are the same proportion of talented musicians as anywhere else we can expect some amazing bands to emerge.” This is precisely why the USSR and Eastern Bloc in general is a potential enema to unblock he crisis of cultural constipation we live with in the West. I have heard Soviet groups more to my taste for grit, a Siberian scratch and match band for example, but The Yllow Postmen acquit themselves admirably in the circumstances. From Russia with love to Britain with arrogance. Wolfgang Press – electronics, overload guitar and a singer who wears Richard Butler`s heart on his sleeve and keeps Nick Cave`s despar in the wallet – are horrible. Cold, despite proclaiming to be a „Sweatbox”, and calculatedly „modern”, they substitue power for emotion and desecrate Aretha Franklin`s „Respect” in the process. It must be said though that the audience gets off mightily on WP. All 4AD acts are very popular in Poland. This is because Ivo`s label, like Mute and Factory, is one of the few British concerns with the vision to see that a few records sent to Eastern radio DJs is a huge investment for the future. Already thisstrategy is partly paying off. Factory have licenced Joy Division/New Order product to the main Polish „new wave” label, Tonpress, as have Mute with Depeche. This is a major change in the Polish scene and as the economics of necessity draws the Iron Curtain even further apart one can expect more of this. At the first of two midnight press conferences at the Hotel Solec three hundred bemused members of bands and the press gather. Aside from Libero, who`s been awake for four nights fuelled on honey and garlic, telling us the meaning of „alternative”, nothing much is learned. Yet what the press conferences – which heat up connsiderably the following evening when I inquire if Carrot is just a pawn in a political propaganda game – illustrate is just how serious the Polish mainstream media are taking the event. This becomes more intense when the three British rock critics present find themselves being intervieved on video about the state of rock. But that`s two hangovers later and some good music on. Test Dept couldn`t be present but Tony, a former member, spends the afternoon of the Carrot`s second day scouting, through the junkyards of Warsaw for any old iron. Teaming up with a guitarist from The Ex, he gives a performance which we unfortunately miss but he dubs „spontaneous”. Seven years in existence and five albums down the line. The Ex are a big stick of gelignite down an apathetic gullet. Often cheaply characterised as Sonic Youth rip-offs with added politics, The Ex – judging by tonight`s sighting – are one of the great post-hardcore rock groups in the world. Breathless and brutally brillant, Holland should be proud of The Ex. Israel certainly is of Minimal Compact, where they are seen as the most complete band ever to emerge. For some members, like bass-beautiful Malka, this trip to Poland is, particularly emotional since they were born here. What`s flowing out of the PA is what makes Minimal Compact, even on a below par gig, one of the most riginal groups extant. Samy`s  shuny steel hard voice, Malka`s fragility and Rami`s scouring Yiddish soul combine to invoke a unique vocal kiss between the modern and ancient cultures of the Middle East. They cover territory ranging from pop through rock to ballads and each footprint on the map is imbued with the poignancy of fiery Jewish emotionality. Everywhere I go Minimal Compact seem to be intervieved by the Polish TV and press. They`ve certainly made a mark at Carrot and plan to come back. Maybe they`ll be going to Hungary first though. For Carrot, as Csaba Hasnoczy, of Budapest`s superb Kampec Dolores, explains, „The festival was initially conceived by Libero and me as a rolling roadshow going through all the Eastern Bloc and ending up in Moscow.” We`re in the Kampec Dolores dressing room in the bowels of the hall post gig. Csaba is telling us that as soon as he gets back to Hungary he plans to put Carrot Part 2 into action. He smiles diffidently behind his glasses. An hour ago onstage things were different. Kampec Dolores, formed after Csaba left Hungary`s premier punk band, De Kontrol were pumping out melodic but ragged songs such as „Hejhc” over a beatbox of tricks. Gabi`s shrill but thrillingly pure voice and disturbed violin playing set the seal. We miss the „official” Russian band, Maszyna Wriemieni, who`ve sold 40 milion singles in the USSR. Appropriately the Soviet`s name means ime Machine. And we`ve been told that their sub-Genesis offerings aesthetically creak like they`ve just left the ark. It seems the audience think so to. En masse they lit matches in a gesture of supreme irony when the Tme Machine landed. This was followed by heckling. Warsaw`scoolest cats give the collective finger to Russia`s legends. Alma Art are embarrassed and one can almost hear the diplomatic rumblings in the corridors of power. Nick Hobbs and The Shrubs rectify this discontent with a jerky, dissonant set. They don`t hedge around but plunge straight into the fracture of old rock and pull out bone splinters with glee. Andjust when the band seem to be going off in so many directions it seems like they`ll bust apart at the seams. Nick pulls all the elements back together by running back and forth while barking his dark poetry. Did smeone slip on hallucinogen into my vodka? The hall is filling with people out of a Fellini fantasy. A Madonna with candles on her shoulders is dispensing incense from a huge fumigator: a silver suited man with a large mirror is reflecting spotlights back into the crowd. In the far corner an impromptu session is underway with a monkey on drums, a choirboy on basson and the rap mike. Nearly as mindboggling as Internationle Project Familija Radjo Varsava`s prior set. I bet this „happening” is Libero`s doing it has the trait of his Dadaist humour: the appropriation of religious paraphernalia in a strongly Catholic country s deliciously wicked. „It was down on the Sloop John B.” sing David Thomas, bringing us back to reality. The big man with the most delicate of physical and vocal gestures, aided not by The Wooden Birds but what appears to be a major part of Pere ubu, just turns up the magic button to maximum. An accodian, set of horns, and an imagination unlimited in which little dinosaurus run free, he is transfixing. between pillaging The Beach Boys and his finalsolo rendition of a spontaneous „Goodnight”. David Thomas talent stands broader than his shoulders. And so the Carrot has been eaten. I still have`t manage to track down Libero. There`s still aquestion i want to ask him. A few days later, shaven and strangely suited, he whisks us off to a restaurant. That song you were singng that sounded like „Paranoia! Paranoia!” What is it about? Hah! „No! What he was screaming was, C****! C****,” laughs Piotr, our ever patient interpreter. Libero scratches his head and smiles. „It wasn`t meant to be either of those. What I was screaming was, Beefsteak! Beefsteak!” Welcome to Poland 1987, Dada.

Kurtyna opada i odsłania Wschód. Jack Barron zaszokowany w Warszawie na Festiwalu Marchewka, gdy rock ze Wschodu kieruje się na Zachód. Zdjęcia: Eye And Eye. Zwisające z dachu kępy nadmuchanych prezerwatyw, kołyszą się ogromne papierowe kiełbaski, a kilka tysięcy osób na widowni jest w połowie drogi między wyciem a śmiechem. Na scenie, ubrany niczym niedopasowany członek plemienia z Nowej Gwinei jak gad, dadaistyczny lider Internationale Project Familija Radio Varsava uderza w werbel pomiędzy elektronicznymi pulsami i krzyczy coś, co brzmi jak „Paranoja! Paranoja!”. Dosłowne tłumaczenie, jak mnie zapewniono, to „C****! C****!”. Nie znajdujemy się w ICA, nowojorskim Cat Club ani żadnym innym zachodnim artystycznym slumsie. Co zdumiewające, ta scena – na której niemieckie Die Todlische Doris, rozdzierające umysły, tarzały się nago i śpiewały o homoseksualizmie, izraelscy, wyrafinowanie łamiący dusze Minimal Compact, rozdawali swoją „śmiertelną broń”, a holenderscy, zjadliwi anarcho-punkowcy The Ex rozcinali liberalne poczucie winy na strzępy swoim „Pokkeherrie” – znajduje się w samym sercu Europy. A jak głosiło moje zaproszenie: „Polska leży w środku Europy. Warszawa leży w centrum Polski. Hala Gwardii leży w samym sercu Warszawy”. Ten trzydniowy Festiwal Marchewki to pierwsze międzynarodowe wydarzenie awangardowo-alternatywne, które odbyło się w Europie Wschodniej. A to dzięki wizji i energii absurdalisty, który do nas krzyczy. Pochodzi z Jugosławii i nazywa się Libero Pertič. Pomysł na Carrot przyszedł mu do głowy mniej więcej w czasie, gdy pracował na zmywaku w Londynie w sierpniu zeszłego roku. A przynajmniej tak mówi. „Słuchałem wywiadów z Rodem Stewartem w radiu, słuchałem, jak pierdzi na antenie… Oczywiście zbierało mi się na wymioty i właśnie wtedy myślałem o zaproszeniu wszystkich tych zespołów do Polski”. Spotkamy się w Polsce, kochanie. Tak brzmi refren satyrycznej piosenki miłosnej Jima Thirwella „Między Hitlerem a Stalinem” – przypomnienia o krwawej historii kraju. Ale nawet głos płodu, słyszany z głośników, nie był w stanie zagłuszyć czarnego humoru, gdy tymczasem samolot LOT-u przelatywał przez szaroniebieskie niebo nad Warszawą. Pierwszy raz przyjechałem tu pod koniec ’82, krótko po tym, jak żelazna pięść stanu wojennego uderzyła w polską wrażliwość. Dwa tygodnie spędzone w autobusie z zachodnim zespołem rockowym i dziesięcioma muskularnymi ochroniarzami nie były niczym przyjemnym. Drugi raz, na festiwalu w Łodzi. Ukradziono mi paszport i aparaty, przez co o północy utknąłem w windzie między 21. a 22. piętrem jednego z najwytworniejszych hoteli w kraju. Wciąż mam silny ideologiczny zawrót głowy, gdy samoloty lądują w Warszawie. „W rzeczywistości nie ma już żelaznej kurtyny” – uważa Walter Chełstowski. Szef CCS, jednego z niewielu niepaństwowych studiów nagraniowych w Polsce, wśród jego obecnych projektów muzycznych wyróżniają się One Million Bulgarians i Kosmetyki Mrs. Pinki. „Nawet po stanie wojennym z roku na rok sytuacja wolnościowa stawała się coraz lepsza. Na przykład, wcześniej nie dało się nawet wydrukować nazw niektórych zespołów, takich jak, powiedzmy, SS20. Teraz w gazetach i radiu można podać praktycznie każdą nazwę, nawet najbardziej obsceniczną”. Gdy wysiadamy, przybywając z kraju z czterema milionami bezrobotnych do kraju pełnego zatrudnienia, kurtyna się rozsuwa, ukazując: gospodarkę, w której według „The Observer” 40 procent populacji żyje poniżej oficjalnej granicy ubóstwa; gdzie średnia pensja wynosi 20 000 zł miesięcznie, a kaseta wideo kosztuje 22 000 zł; gdzie cena nielicencjonowanej zachodniej płyty to 5-8 000 zł i… gdzie młodzież jest w większości niezwykle przyjazna i kreatywna właśnie dlatego, że w sztuce wciąż istnieje formalny system cenzury. A gdzie grupa ludzi, wymachujących papierowymi kapeluszami, które stanowią najbardziej pomysłowy program Festiwalu Marchewki, czeka, by nas powitać. Piotr Mikta, nasz pełen natchnienia tłumacz, Lidia, rzeczniczka prasowa i inni z Alma Art wzywają. Alma Art to organizacja studencka zrzeszająca 40 klubów i pół miliona członków. To oni wyłożyli większość z szacowanych 13-14 milionów złotych, jakie kosztowała organizacja festiwalu. Te fakty i liczby mogą wydawać się nieco nudne, ale wyobraź sobie: nazywasz się Libero. Grasz w zespole, którego ideałem zabawy jest drażnienie publiczności elektronicznymi taśmami o samochodach, ciężarówkach i łyżkach, widelcach, zanim pojawisz się osobiście za małą górą z papier-mâché i zaczniesz pojedynkować się z rodakami, używając ogromnych elektrycznych pałek. Wyobraź sobie, że chcesz zebrać prawie milion franków, aby sprowadzić podobnie myślących nieznajomych z całego świata do kraju, którego polityczna egzystencja opiera się na konserwatywnym konformizmie. „Myślałem, że zwariował, kiedy zeszłego lata zwrócił się do mnie z tym pomysłem” – komentuje Nick Hobbs. Niezwykle sprawny wokalista The Shrubs organizował trasy koncertowe po Polsce dla wielu zachodnich zespołów i brał udział w sprowadzeniu Everything But The Girl and Misty do Moskwy w zeszłym roku. „Był problem z uzyskaniem pozwolenia od Ministerstwa Kultury” – potwierdza Marek Zbrzeźny podczas kolacji powitalnej. Wiceprezes Alma Art, właśnie wtedy, przeforsował pomysł Libero. „Minister powiedział, że nie zna tej muzyki. Nie wyraził ani pozytywnej, ani negatywnej opinii. Powiedział tylko: „Mamy mało czasu na przygotowanie tego festiwalu”. „Marchewka” to w wielu aspektach fakt dokonany, gdzie wszystko jest przedmiotem dyskusji, nawet rozmiar plakatów. Odwiedziliśmy kilka barów, ale jeszcze nie usłyszeliśmy ani jednego baru z muzyką. Przed halą Gwardii, jak w każdym innym kraju, ochroniarze wpuszczają ludzi po obniżonej cenie i zgarniają dochód. Tymczasem, w półmroku chłodnego zmierzchu, mamy okazję podziwiać ogrom pracy włożonej w Carrot. Wspomniane prezerwatywy, użyte w scenografii, bo są tańsze niż balony, spoglądają na nas z sufitu przejrzystym, pożądliwym spojrzeniem. Wzdłuż górnych poziomów areny wiszą prześcieradła pomalowane neoprymitywnymi wzorami. Kurtyna sceniczna wykonana jest z setek małych kawałków papieru i przedstawia podłużny, roślinny symbol wydarzenia. „Wybrałem marchewkę, bo to pusty symbol, pozbawiony związku z ideologią, filozofią… ale ludzie i tak chcieli zbudować wokół niej ideologię. Jest czerwona, mówili. Pełna witaminy A; A równa się anarchii itd.” – mruczy Libero przebiegle. Reportaż, polski zespół występujący wieczorem, podąża we własnym swobodnym, jazzowatym klimacie. Jazz jest tu (w Polsce) znaczącą subkulturą, ale nie da się ukryć, że (jazzowo) Reportaż brzmi jak wczorajsze wiadomości. Z Berlina, w akompaniamencie krwistych rytmów i zepsutego rosyjskiego projektora filmowego. Die Tödliche Doris początkowo przypominają tancerki disco namalowane przez Dalego i szybko przechodzą od jednego do drugiego dziwactwa. Nie znam ich muzyki, ale nawet z daleka widać, że ich połączenie teatralności i muzyki przekracza granice obu gatunków, a wszystko to z mocno wypaczonym humorem. Buczeć czy nie buczeć? Cóż, w przerwie głównym tematem rozmów na widowni było to, czy należy buczeć na pierwszym z dwóch rosyjskich utworów na Carrot, Żółtych Pocztylionów, czyli The Yellow Postmen. Publiczność postanowiła tego nie robić. „Bo pojawiając się tutaj, zespół będzie obwiniał rosyjski styl życia”. Usłyszałem. Amatorska grupa „undergroundowa”, w przeciwieństwie do oficjalnie uznanych profesjonalistów, Listonosze z Rygi specjalizują się w absurdalnych tekstach. To ich pierwszy występ poza Łotwą, nie mówiąc już o ZSRR. „Naszym głównym problemem jest to, że jesteśmy zespołem elektronicznym, a jednocześnie nie mamy instrumentów niezbędnych do grania jak zespół elektroniczny” – wyjaśniają. Istotnie. Na taśmie z ich muzyką, którą dał mi radziecki krytyk Art Troitsky, The Postmen plasują się pomiędzy Depeche Mode a The Beatles. Niemniej jednak, zaprezentowani głosem emerytowanego boksera-pijaka jak konferansjera w ringu (MC-Mistrz Ceremonii))  – „Ważne jest przełamywanie barier wiekowych” – uważa Libero – The Postmen umiejętnie odtwarzają elektroniczny pop na konwencjonalnych instrumentach. Jak ktoś zauważył: „W Rosji mieszka 320 milionów ludzi. Jeśli będzie tyle samo utalentowanych muzyków, co gdzie indziej, możemy spodziewać się powstania niesamowitych zespołów”. Właśnie dlatego ZSRR i cały blok wschodni stanowią potencjalną lewatywę, która może przełamać kryzys kulturowego zaparcia, z którym żyjemy na Zachodzie.Słyszałem radzieckie zespoły, które bardziej odpowiadały mojemu gustowi jeśli chodzi o chropowatość, na przykład syberyjski zespół grający scratch and match, ale The Yellow Postmen spisali się w tych okolicznościach znakomicie. Teraz z ukochanej Rosji do aroganckiej Wielkiej Brytanii. Wolfgang Press – elektronika, przeładowana gitara i wokalista z sercem Richarda Butlera na dłoni, jak zrozpaczony brakiem gotówki Nicka Cave – są okropni. Zimni, mimo, że zapowiadają się na poświęconych sztuce i nowoczesnych, zastępują jednak emocje siłą fizyczną, profanując przy tym szacunek dla Arethy Franklin. Trzeba jednak przyznać, że publiczność jest zachwycona Wolfgang Press. Wszystkie zespoły z 4AD (brytyjska wytwórnia) cieszą się w Polsce ogromną popularnością. To dlatego, że wytwórnia Ivo, podobnie jak Mute i Factory, jest jedną z niewielu brytyjskich firm, które uważają, że kilka płyt wysłanych do wschodnich prezenterów radiowych to ogromna inwestycja w przyszłość. Ta strategia już częściowo przynosi efekty. Factory udzieliło licencji na produkty Joy Division/New Order głównej polskiej wytwórni „new wave”, Tonpress, podobnie jak Mute z Depeche Mode. To ogromna zmiana na polskiej scenie politycznej i biorąc pod uwagę, że gospodarka z konieczności jeszcze bardziej odsłania Żelazną Kurtynę, można spodziewać się dalszych takich zmian. Na pierwszej z dwóch konferencji prasowych o północy w hotelu Solec zebrało się trzystu oszołomionych członków zespołów i dziennikarzy. Poza Libero, który nie spał od czterech nocy, odżywiając się miodem i czosnkiem, i wyjaśniającym nam znaczenie słowa „alternatywny”, niewiele się dowiedzieliśmy. Jednak konferencje prasowe – które znacznie się zaostrzają następnego wieczoru, gdy pytam, czy Carrot jest tylko pionkiem w politycznej grze propagandowej – pokazują, jak poważnie polskie media głównego nurtu traktują to wydarzenie. Sytuacja staje się jeszcze bardziej napięta, gdy trzej obecni brytyjscy krytycy rockowi udzielają wywiadów przed kamerą na temat stanu (polskiego) rocka. Ale to już dwa kace później i dobra muzyka w tle. Zespół Test Dept. nie mógł być obecny, ale Tony (Cudlip), były członek, spędza popołudnie drugiego dnia Carrot, szukając czegoś starego na złomowiskach Warszawy. Współpracując z gitarzystą The Ex, daje mini-występ (zastępczy), którego niestety nie widzimy, ale który sam określa mianem „spontanicznego”. Siedem lat istnienia i pięć albumów za sobą. The Ex to wstrząs, jak dynamit na obojętność lub znieczulicę. Często określani jako tandetne podróbki Sonic Youth z domieszką polityki, The Ex – sądząc po dzisiejszym spotkaniu – to jeden z najlepszych zespołów post-hardcore’owych na świecie. Zapierający dech w piersiach i brutalnie błyskotliwy, Holland powinien być dumny z The Ex. Izrael godnie reprezentował Minimal Compact, gdzie postrzegani są jako najbardziej kompletny zespół, jaki kiedykolwiek powstał. Dla niektórych członków, jak na przykład Malki, grającej na basie, ta podróż do Polski jest szczególnie emocjonująca, ponieważ urodziła się tutaj. To, co wydobywa się z głośników, sprawia, że Minimal Compact, nawet na koncertach poniżej oczekiwań, jest jednym z najbardziej oryginalnych zespołów na świecie. Nieśmiały, stalowo-twardy głos Samy’ego, delikatność Malki i przenikliwa jidyszowa dusza Ramiego łączą się, by przywołać wyjątkową łączność między współczesną a starożytną kulturą Bliskiego Wschodu. Poruszają się w szerokim spektrum od popu, przez rock, po ballady, a każdy ślad na drodze jest przesiąknięty przejmującą, płomienną żydowską emocjonalnością. Gdziekolwiek jestem, Minimal Compact udziela wywiadów polskiej telewizji i prasie. Z pewnością odcisnęli swoje piętno na Carrot i planują tu powrót. Być może jednak najpierw pojadą na Węgry. Jak wyjaśnia Csaba Hajnóczy z budapeszteńskiego Kampec Dolores: „Festiwal został pierwotnie wymyślony przez Libero i przeze mnie jako cykliczna trasa koncertowa po całym bloku wschodnim, która zakończy się w Moskwie”. Jesteśmy w garderobie Kampec Dolores, w głębi hali, po koncercie. Csaba mówi nam, że jak tylko wróci na Węgry, planuje uruchomić Carrot Part 2. Uśmiecha się nieśmiało zza okularów. Godzinę temu na scenie było inaczej. Kampec Dolores, założony po odejściu Csaby z czołowego węgierskiego zespołu punkowego De Kontrol, tryskał melodyjnymi, ale surowymi utworami, takimi jak „Hejhc”, na tle beatboxu pełnego trików. Piskliwy, ale porywająco czysty głos Gabi i niespokojna gra na skrzypcach przypieczętowały ten sukces. Tęsknimy za „oficjalnym” rosyjskim zespołem, Maszyną Wriemieni, który sprzedał 40 milionów singli w ZSRR. Nazwa zespołu, jak na ZSRR przystało, oznacza maszynę czasu. A powiedziano nam, że ich sub-genesisowe utwory estetycznie skrzypią i do festiwalu nie pasują. Wygląda na to, że publiczność też tak myśli. Masowo zapalili zapałki w geście najwyższej ironii, gdy na scenę wyszła Maszyna Czasu. Potem nastąpiły prowokacje. Najodważniejsi słuchacze pokazują środkowy palec rosyjskim legendom. Alma Art jest zażenowany, a z kuluarów wysłanników władz słychać dyplomatyczne pomruki. Nick Hobbs i The Shrubs łagodzą to niezadowolenie szarpanym, dysonansowym setem. Nie unikają sztuczek, ale rzucają się prosto w koleinę starego rocka i z radością zacierają atmosferę poprzedniego koncertu. I właśnie wtedy, gdy zespół wydaje się zmierzać w tak wielu kierunkach, wydaje się, że zaraz rozpadnie się w szwach. Nick łączy wszystkie elementy, biegając tam i z powrotem, wykrzykując swoją mroczną poezję. Czy ktoś poślizgnął się na halucynogenie do mojej wódki? Sala zapełnia się ludźmi z fantazji Felliniego. Madonna ze świecami na ramionach rozsiewa kadzidło z ogromnego fumigatora: mężczyzna w srebrnym garniturze z dużym lustrem odbija światło reflektorów w stronę tłumu. W odległym kącie trwa improwizowana sesja z małpą na perkusji, chórzystą na fagocie i mikrofonem rapowym. Prawie tak oszałamiające, jak poprzedni występ Internationle Project Familija Radjo Varsava. Założę się, że to „wydarzenie” jest dziełem Libero, które ma cechy jego dadaistycznego humoru: zawłaszczanie rekwizytów religijnych w silnie katolickim kraju jest przepysznie niegrzeczne. „To było na słupie John B.” – śpiewa David Thomas, przywracając nas do rzeczywistości. Ten potężny mężczyzna o najdelikatniejszych gestach fizycznych i wokalnych, wspomagany nie przez The Wooden Birds, ale przez to, co wydaje się być ważną częścią Pere Ubu, po prostu włącza magiczny przycisk na maksa. Akordeon, zestaw rogów i nieograniczona wyobraźnia, w której małe dinozaury biegają swobodnie, hipnotyzuje. Między grasowaniem po The Beach Boys a finałowym solowym wykonaniem spontanicznego „Goodnight”. Talent Davida Thomasa wykracza poza jego ramiona. I tak marchewka została zjedzona. Nadal nie udało mi się namierzyć Libero. Wciąż mam pytanie, które chcę mu zadać. Kilka dni później, ogolony i w dziwnym garniturze, zabiera nas do restauracji. Ta piosenka, którą śpiewałeś, brzmiała jak „Paranoja! Paranoja!”. O czym ona jest? Ha! „Nie! Krzyczał: C****! C****!” – śmieje się Piotr, nasz zawsze cierpliwy tłumacz. Libero drapie się po głowie i uśmiecha. „To nie miało być żadne z tych. Krzyczałem: Befsztyk! Befsztyk!”. Witaj w Polsce 1987, Dada.

1987.04.18 – Poles Apart, Melody Maker, Simon Reynolds, Londyn >> pdf

Melody Maker jest najstarszym na świecie brytyjskim tygodnikiem poświęconym muzyce pop i rock, wydawanym od 1926 roku. W roku 2000 następuje jego połączenie ze swoim „odwiecznym rywalem”, należącym do tego samego wydawcy (IPC Media), New Musical Express. Autor artykułu Simon Reynolds ma dopiero 24 lata i zaledwie od roku pracuje dla Melody Maker. Nie jest znawcą muzyki improwizowanej i eksperymentalnej. Pisze artykuł nie na temat festiwalu Marchewka, chociaż po to przyjeżdża do Warszawy. W poniższym tekście dość trafnie opisuje sytuację muzyki rockowej na wschodzie i usilnie porównuje ją z zachodnią. Natomiast tylko w kilku zdaniach odnosi się do >> Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Awangardowej Marchewka Carrot. Niestety pierwszego dnia festiwalu autor się spóźnia, dlatego nie odnosi się do pierwszych, dwóch koncertów. Tytuł artykułu jest ciekawą grą słów, gdyż oznacza dwa przeciwległe bieguny, ale z użyciem słowa Polacy.

1987-04-18-muzyka-prasa-zespół-grupa-Reportaż-festiwal-Marchewka-Simon-Reynolds-Melody-Maker

Poles Apart. Festival Carrot, deliberately named to avoid political significance, gathered together some strange indie nomads from the West to play for the people of Warsaw. Simon Reynolds crossed the iron curtain and discovered the curse and lure of one-way traffic. „Rock`s more important in Poland than in the West. Not because it`s subversive – it isn`t – but because, with things being in decline and drab and depressing, people need an escope. Music is emotional and spiritual sustenance in the face of that. Listening to a record, it`s almost like prayer” – Tomasz DJ and pop journalist. My first few hours in Poland confront me with all the cliches about Eastern Europe I`d fervently hoped to avoid. A wan fog hangs over Warsaw. What strikes you first is the regularity of the roads and buildings. Everything is grey and functional, there`s hardly any old or decorative architrcture (Warsaw was practically razed to the ground in the Second World War). Then there`s the absence of advertising, the austere demeanour of the shopfronts, the sparsity of the traffic. Over the next six days I learn about the aggravations and quainthesses that make Poland a mindblowing place to visit, but a dispiriting place to live. Things like queues = queues in the butchers (meat is rationed), queues for taxis. The eternity it can take to be served in a restaurant, only to find that many items are unavailable oving to shortages. I`m told how hardly anyone lives in detached houses, how it takes five years of scrimping and saving to be able to affard a car, and how the only way most people can get to affard aflat or car is by going to work in the West for a while and bringing back „hard currency”. I learn of the country`s alcoholism problem (vodka is absurdly cheap), the spectre of national service that hangs over every young man`s head, the political stalemate (popular discontent is exhausted, following the failure of Solidarity, but the government know it can only go so far – eg, as inflation worsens it will raise prices, there`ll be strikes, it`ll lower them again). The Polish respond to these difficulties in various ways – humorous collective-depreciation, lugubrious stoicism, manana, defeatism, gaiety. But the common response to the environment of drob containment seems to be a hunfer for excitement and stimulation. Some find it in vidpop glamour, some in dreams of America, others in Western alternative music (a kind of hypertrendiness). Festival Carrot, a unique celebration of this kind of music, is basically on attempt to make something hoppen, to triumph over environment. Festival Carrot? Liberon Pertic, from avant garde outfit International Familija Radjo Varsava, was one of the people who dreamt up the idea of Festival Carrot: „We discussed the idea of an alternative festival with Nick Hobbs (singer and mainman of The Shrubs and someone with lots of links with European bands) and with various Eastern European musicians. The initial idea was to have a series of festivals week ofter week in all the capitals of East Europe. But we soon realised this was impossible. We decided on Warsaw because it`s in the centre of Poland, which is in the centre of Europe. We then appoached the only institution in Poland strong enough to stage such a festival, who might be interested – Alma Art.” Alma Art isthe cultral wing of the polish students` union, whose brief is find ways of entertaining the half-million students in the country. It runs some 40 clubs in Warsaw alone. The attraction of Festival Carrot was simply as something to do; it would also be possible to video the performances and show them in student clubs. Everyone involved stresses the lock of an ideological aspect to the festival, even denying that there`s any significance in the fact that, for the first time, Estern and Western bands are playing together. „The name „carrot” was especially chosen because it has no political resonance. It`s a blank sign, an anti-symbol. Trouble is, people have surpassed even my expectations of their stupidity and have read all kinds of things into the word: carrot red, or carrot vitamin A anarchy, avant garde, alternative… Fools!” But, even if Festival Carrot isn`t a gesture, doesn`t the fact that it`s happened in Poland now, in 1987, mean something, reflect some kind of political or cultural shift? „Not really. Such a festival could have hoppened four years ago, it`s just that no one thought to do it. There`s been no recent opening or glosnost in Poland as there has been in Russia. The shift in Poland took place in the early Eighties – even as martial law was being imposed, it was becoming easier to get hold of Western music, to hear independent Polish bands on the radio, to play live. But cultural freedom existed before that too – there was alternative and punk music, clubs like remont, and no one attempted to supress these things.” Chris Cutler, Recommended Records supremo and drummer in David Thomas And The Wooden Birds, agrees with this view: „Poland isn`t a country which considers culture as a very critical and dangerous force, but as smething marginal, witch is allowed to carry on quietly and harmlessly. There`s atradition of cultural pluralism here.” If intrvention/repression by the state isn`tactually a problem in Poland, what does make things difficult for the hipster is scarcity of resources and difficulty of access to music. Yet, paradoxcally, it    `s precisely these material lilitations which make the music scene in Poland vibrant – the obstacles and stresses that face the hipster actually breed fanaticism, make the pursuit of music as performer or as consumer all the more challenging and rewarding. Ton Press is the only stateowned label hat deals in „alternative” music, and (typically) it falls for short of satisfying public demand. Ton Press relases around 20 albums and 50 singles a year, and licenses a further 20 titles from the West, bands as various as New order, Queen, UB40 and Johnny Winter (!). Problems with manufacture (they have to get their records pressed in the USSR and covers printed in Czechoslovakia) mean that they can`t profitably deal in small quantities – 50,000 is about the minimum. So awhole range of indie-type bands who mightsell between 5,000 and 20,000 are not catered for. The extreme length of time it takes. Ton Press to bring out a record – sixmonths minimum – is another factor that forces them to concentrate on established bands that sell steadily. The result is that hipsters look to the black market. A Ton Press album costs around 600 zlotys. An original Western copy of hat album bought on the black market in the six to eight months before Ton Press get it out in Poland would cost 5 – 8,000 zlotys. Set that against an average monthly salary of 20 – 25,000 zlotys and you can see the level of zealotry that animates Polish rock fans. The other way music citculatesis through a cassette – based barter economy. People buy black market LPs.tape them. sell the LP, tape – to – tape the copy and pass it on … ad infinitum. So the copy of Salt – N – Pepa`s „Hot, Cool And Vicious” I gave a Russian journalist will be all over the Soviet Union within a matter of months. Bands that haven`t had a record out yet also distribute their music via cassette. Walter Chelstowski, producer and independent studio owner: „You can get unknown bands, punk groups like Armia and Deserter who haven`t been played on radio at all, who manage to fill venues all over the country. And the audiences will be singing the words to the songs … and that`s al through hearing the music from cassettes.” Instruments also cost a fortune. A Fender Stratocaster costs around £2,500 – roughly five tmes the UK price. For most Eastern Europeans the choice is between having a car or having a guitar. A Yamaha DMX keyboards costs around $1,000 – the equivalent of two years` wages. There are Czech and East German copies of Western instruments, but they`re poor quality. Anyone serious will buy Western instruments on the black market. You`d think these seemingly insurmountable adds – cost of equipment, unlikelihood of getting your usic released – would deter people, crush them into apathy. If anything, it`s the opposite. Compare the missionary zeal of Polish fans with the British situation, where a surfeit of choice has made us sated and blasé, where no effort is required either in acquiring pop or in making it. Perhaps rock culture needs some sense of opposition, of barriers, if it`s to thrive. In Poland, what groups and fans struggle against seems to be mainly economiccircumstances and the lack of facilities, rather then authority. There is censorship to contend with – Lech janerka`s too overtly political „Constitution” was banned from the radio – but the fact that Ton Press were able to release this on Janerka`s LP in the first place indicates a kind of cultural pluralism. The three nights of Festival Carrot take place in Hala Gwardia, a large, rather decrepit sports hall in the centre of Warsaw. Wandering through the audience, I can detect no immediately apparent differences between Polish indie fans and their British counterparts – the Poles have got apretty good grasp of the look. What is different about the event is its scale – you would never get a gathering of 3 – 4,000 people to see groups like David Thomas and The Shrubs in Britain. The other differences are subtler and more sinister – the large number of policemen about, the absence of drink, the 30-foot cordone-off moat`between stage and audience. Higlights. Die Todliche Doris were intermittently brilliant – I enjoyed their simultaneous translation „song”, and the one in which the two boys cavort around in the nude. David Thomas and the Wooden Birds rocked with a loopy kind of dynamism, nd Thomas was received like a god. Pere Ubu are very big here. I particularly dug the locust-swarm keyboards. The Ex, Dutch anarchists, were an inendiary cross between Crass and Sonic Youth. International Familija Radjo Varsava were great to look at – a stage-set like the Clangers; aperformance that invites (an admittedly very lazy) comparison with The Residents – strident, abstract, utterly vacant gestures that sinify nothing loudly and furiously, great suits, a giant spoon and fork that walk across the stage. „Music” that you wouldn`t particularly want to take home and live with. Liberon tells me afterwards that normally they like to augment the multi-sensory overload by bombarding the audience eith special Bulgarian and Rumanian perfums. best of all, a real discovery, Kampec Dolores – kind of Hungarian shambling band, right down to the guitarist eith little round specs and the thin girl in a fork on vocals. The basic sound is kind of Beat Happening crossed with Les Voixs Mysteres des Bulgares, but luckily they don`t have the unconscious rule system inhibitions of our shamblers, and switch without warning from a Velvets thresh to James Chance pig-in-abattoir saxophone weirdness. Incongruous!  Their closing number is a masterpiece – a driving, exultant riff that suggests but never quite reaches U2 majesty, pierced by such dolorous, torn singing. Low points. The Shrubs, cold leftovers of Beefhearts, flailing and flopping like the drawn-out death throes of a fish out of water. Mortal Pronck – an aptly-named abysmal Dutch instrumental rock group reminiscent of King Crimson. And two pitiful Soviet bands, only present, presumably, because the interesting underground band would never get permission to leave the country. Yellow Postmen were like the Lotus Eaters and elicited apeculiarly polish response, according to my interpreter Piotr – ironically excessive applause, sarcastically frenzied dancing and even lighted matches held aloft during the ballads. Time Machine, with their Young generation-style dance troupe, provoced simple stark derision.1979 What I heard at Festival Carrot reminded me of the modernist ferment of 1979 in Britain, that lost future of pop. There are many reasons why East European independent music is still attached to ideas of experimentlism, where British indiepop is now mainly traditionalist or post-modern. One reason is that the cluster of notions around freeform/improvisation/breaking barriers/group democracy have a lot more resonance in amuch more controlled society like Poland. Another is that Poland is probably even more saturated with bland Europop and MOR sentimentality than Britan – so it seems even more imperative to react against showbiz and tradpop. The problem with the „alternative” is that so much effort goes into being other to conventional pop structures and responses that the result can be an excessive, at times unbearable idiosyncracy, an onslaught of surprises and discontinuities. Maybe I`m hostile to this kind of thing bacause it eludes criticism, maybe even language, it`s difficult to justify (your instincts as to who`s a charlatan and who`s agenius). A lot of East European radical music is still thinking along the lines that Scritti Politti were in 1979 – deconstruction and demystification of pop. To someone who`s been through that phase and now appreciates that themainstream can produce its own kind of strangeness and madness, a lot of the noises being made sound gauche and moderne. Polish rock also seems very text-oriented – there`s a didacticism which is probably highly salient in the Polish context, where certain things need to be said, but which makes me glad I don`t understand thelanguage. Walter Chelstowski: „It`s very importand to understand that the lyrics are not about love, but about political and social comment. You see, the people who write the lyrics are quicker and sharper than the censors, they speak between the lines. In fact, the presence of the consors has an unexpectedly beneficial side-effect, beacause it forces the lyricists to write better poetry. They are forced to say what they want to say through allusion and ambiguity and allegory.” Prospects. POP relatons between West and East are pretty one way at the moment. We saturate them with our pop culture, they absorb it, sometimes imitate it. Nothing travels the other way. This applies pretty much to „alternative music” too. There are anumber of East European bands who are capable of making honourable additions to Anglo-American defined genres – there`s an excellent polish hardcore band called Armia, some good goth (or as they call it – Cold Wave) groups, if you want them. And a group called Aya have made some pretty pop records, like the gorgeous yearn and awirl of „Nie Zostawie” („The Headmaster Ritual” meets „Club Country”). What might produce a new sound isnot a conscious effort to differ, or innovate, but some kind of accidental and creative failure, in the same way that The Kinks and The Rolling Stones tried to sound like Muddy Waters and, in thier failing produced something new. Maybe through strugling with something that`s alien to them, something exotic fetched from afar, something they don`t quite have the hang of yet, the East will produce something that`s alien and exotic to us. Take a group like Kampec Dolores, a group that doesn`t try too hard to be different, but is unmistakably stained by a lurid otherness. Something in the larynx …

Przeciwstawne Bieguny. Festiwal Marchewka, nazwany tak celowo, by uniknąć politycznych skojarzeń, zgromadził grupę osobliwych niezależnych nomadów z Zachodu, by zagrali dla mieszkańców Warszawy. Simon Reynolds przekroczył żelazną kurtynę i odkrył przekleństwo oraz urok ruchu jednostronnego. „Rock jest w Polsce ważniejszy niż na Zachodzie. Nie dlatego, że jest wywrotowy – bo nie jest – ale dlatego, że w obliczu upadku, szarzyzny i przygnębienia, ludzie potrzebują ucieczki. Muzyka jest w tej sytuacji pokarmem emocjonalnym i duchowym. Słuchanie płyty jest niemal jak modlitwa” – mówi Tomasz, DJ i dziennikarz popowy. Moje pierwsze kilka godzin w Polsce konfrontuje mnie ze wszystkimi kliszami na temat Europy Wschodniej, których gorąco miałem nadzieję uniknąć. Nad Warszawą unosi się blada mgła. To, co uderza najpierw, to regularność dróg i budynków. Wszystko jest szare i funkcjonalne, prawie nie ma starej ani dekoracyjnej architektury (Warszawa została praktycznie zrównana z ziemią podczas II wojny światowej). Do tego brak reklam, surowy wygląd witryn sklepowych, rzadki ruch uliczny. Przez kolejne sześć dni poznaję uciążliwości i osobliwości, które czynią Polskę miejscem oszałamiającym dla turysty, ale przygnębiającym do życia. Takie rzeczy jak kolejki – kolejki u rzeźnika (mięso jest na kartki), kolejki po taksówki. Wieczność, jaką może zająć obsłużenie w restauracji, tylko po to, by dowiedzieć się, że wielu dań nie ma z powodu braków w zaopatrzeniu. Dowiaduję się, że prawie nikt nie mieszka w domach jednorodzinnych, że potrzeba pięciu lat wyrzeczeń i oszczędzania, by móc pozwolić sobie na samochód, oraz że jedynym sposobem, w jaki większość ludzi może pozwolić sobie na mieszkanie lub auto, jest wyjazd na jakiś czas do pracy na Zachód i przywiezienie stamtąd „twardej waluty”. Dowiaduję się o problemie alkoholowym kraju (wódka jest absurdalnie tania), o widmie służby wojskowej wiszącym nad głową każdego młodego mężczyzny, o politycznym pacie (społeczne niezadowolenie jest wyczerpane po porażce Solidarności, ale rząd wie, że może posunąć się tylko do pewnej granicy – np. gdy inflacja się pogarsza, podniesie ceny, nastąpią strajki, więc znów je obniży). Polacy reagują na te trudności na różne sposoby – humorystycznym umniejszaniem wspólnoty, ponurym stoicyzmem, postawą „jutro jakoś to będzie” (mañana), defetyzmem, wesołością. Jednak powszechną reakcją na otoczenie pełne szarych ograniczeń wydaje się głód ekscytacji i stymulacji. Niektórzy znajdują go w blasku popowych teledysków, inni w marzeniach o Ameryce, jeszcze inni w zachodniej muzyce alternatywnej (rodzaj hiper-trendowości). Festiwal Marchewka, wyjątkowe święto tego rodzaju muzyki, jest w gruncie rzeczy próbą sprawienia, by coś się wydarzyło, triumfem nad otoczeniem. Festiwal Marchewka? Libero Pertic z awangardowej grupy International Familija Radjo Varsava był jedną z osób, które wymyśliły ten pomysł: „Przedyskutowaliśmy ideę alternatywnego festiwalu z Nickiem Hobbsem (wokalistą i liderem The Shrubs, człowiekiem mającym wiele kontaktów z europejskimi zespołami) oraz z różnymi muzykami z Europy Wschodniej. Pierwotnym pomysłem było zorganizowanie serii festiwali tydzień po tygodniu we wszystkich stolicach Europy Wschodniej. Szybko jednak zdaliśmy sobie sprawę, że to niemożliwe. Zdecydowaliśmy się na Warszawę, bo leży w centrum Polski, która jest w centrum Europy. Następnie zwróciliśmy się do jedynej instytucji w Polsce wystarczająco silnej, by zorganizować taki festiwal, która mogłaby być zainteresowana – Alma Art”. Alma Art to kulturalne ramię zrzeszenia polskich studentów, którego zadaniem jest znajdowanie sposobów na zapewnienie rozrywki pół milionowi studentów w kraju. Prowadzi około 40 klubów w samej Warszawie. Atrakcyjność Festiwalu Marchewka wynikała po prostu z faktu, że było to „coś do roboty”; dawał on też możliwość sfilmowania występów i pokazania ich w klubach studenckich. Wszyscy zaangażowani podkreślają brak aspektu ideologicznego festiwalu, zaprzeczając nawet, jakoby fakt, że po raz pierwszy zespoły ze Wschodu i Zachodu grają razem, miał jakiekolwiek znaczenie. „Nazwa »Marchewka« została wybrana specjalnie dlatego, że nie ma żadnego wydźwięku politycznego. To pusty znak, antysymbol. Problem w tym, że ludzie przeszli moje najśmielsze oczekiwania co do swojej głupoty i dopatrywali się w tym słowie wszystkiego: marchewkowej czerwieni, witaminy A, anarchii, awangardy, alternatywy… Głupcy!”. Ale nawet jeśli Festiwal Marchewka nie jest manifestem, to czy fakt, że odbywa się w Polsce teraz, w 1987 roku, nie oznacza czegoś, nie odzwierciedla jakiejś politycznej lub kulturowej zmiany? „Nie bardzo. Taki festiwal mógłby się odbyć cztery lata temu, po prostu nikt o tym nie pomyślał. W Polsce nie było ostatnio żadnego otwarcia ani głasnosti, tak jak w Rosji. Przełom w Polsce nastąpił we wczesnych latach osiemdziesiątych – nawet gdy wprowadzano stan wojenny, coraz łatwiej było zdobyć zachodnią muzykę, usłyszeć niezależne polskie zespoły w radiu, grać na żywo. Ale wolność kulturalna istniała już wcześniej – była muzyka alternatywna i punkowa, kluby takie jak Remont, i nikt nie próbował ich tłumić”. Chris Cutler, szef Recommended Records i perkusista David Thomas And The Wooden Birds, zgadza się z tym poglądem: „Polska nie jest krajem, który uważa kulturę za siłę krytyczną i niebezpieczną, ale za coś marginalnego, czemu pozwala się trwać po cichu i nieszkodliwie. Istnieje tu tradycja pluralizmu kulturowego”. Jeśli interwencja lub represje ze strony państwa nie są w Polsce faktycznym problemem, to tym, co utrudnia życie „hipsterowi” [osobie zorientowanej w trendach], jest niedobór zasobów i trudność w dostępie do muzyki. Jednak paradoksalnie to właśnie te ograniczenia materialne sprawiają, że scena muzyczna w Polsce tętni życiem – przeszkody i napięcia, z którymi mierzy się fan, rodzą fanatyzm, sprawiają, że pogoń za muzyką (jako wykonawca lub konsument) jest tym bardziej wymagająca i satysfakcjonująca. Ton Press (poprawna pisownia Tonpress)  to jedyna państwowa wytwórnia zajmująca się muzyką „alternatywną” i (co typowe) dalece nie zaspokaja ona popytu społecznego. Ton Press wydaje około 20 albumów i 50 singli rocznie, a dodatkowo licencjonuje około 20 tytułów z Zachodu – tak różnych wykonawców jak New Order, Queen, UB40 czy Johnny Winter (!). Problemy z produkcją (płyty muszą tłoczyć w ZSRR, a okładki drukować w Czechosłowacji) oznaczają, że nie opłaca im się wydawać małych nakładów – minimum to około 50 000 egzemplarzy. Cała gama zespołów niezależnych, które mogłyby sprzedać od 5 do 20 tysięcy płyt, pozostaje więc bez wydawcy. Kolejnym czynnikiem jest ekstremalnie długi czas oczekiwania na wydanie płyty przez Ton Press – minimum sześć miesięcy – co zmusza ich do koncentrowania się na uznanych zespołach, które sprzedają się stabilnie. W rezultacie fani zwracają się ku czarnemu rynkowi. Album Ton Pressu kosztuje około 600 złotych. Oryginalna zachodnia kopia tego samego albumu, kupiona na czarnym rynku w ciągu sześciu do ośmiu miesięcy zanim Ton Press wyda go w Polsce, kosztowałaby od 5 do 8 tysięcy złotych. Zestawcie to ze średnią miesięczną pensją wynoszącą 20–25 tysięcy złotych, a zobaczycie poziom gorliwości, który ożywia polskich fanów rocka. Innym sposobem obiegu muzyki jest gospodarka barterowa oparta na kasetach. Ludzie kupują płyty LP na czarnym rynku, nagrywają je na kasety, sprzedają płytę, kopiują kasetę na kasetę i przekazują dalej… ad infinitum. Tak więc kopia „Hot, Cool And Vicious” Salt-N-Pepa, którą dałem rosyjskiemu dziennikarzowi, w ciągu kilku miesięcy obiegnie cały Związek Radziecki. Zespoły, które nie wydały jeszcze płyty, również dystrybuują swoją muzykę na kasetach. Walter Chełstowski, producent i właściciel niezależnego studia: „Są nieznane zespoły, grupy punkowe jak Armia czy Dezerter, których w ogóle nie puszczano w radiu, a udaje im się zapełnić sale w całym kraju. Publiczność śpiewa teksty piosenek… a wszystko to dzięki słuchaniu muzyki z kaset”. Instrumenty również kosztują fortunę. Fender Stratocaster kosztuje około 2500 funtów – mniej więcej pięć razy tyle co w Wielkiej Brytanii. Dla większości mieszkańców Europy Wschodniej wybór sprowadza się do: mieć samochód albo mieć gitarę. Klawisze Yamaha DX kosztują około 1000 dolarów – równowartość dwuletnich zarobków. Istnieją czeskie i wschodnioniemieckie kopie zachodnich instrumentów, ale są one słabej jakości. Każdy, kto myśli o muzyce poważnie, kupi zachodni sprzęt na czarnym rynku. Można by sądzić, że te pozornie nie do pokonania trudności – koszt sprzętu, małe prawdopodobieństwo wydania muzyki – zniechęcą ludzi, zepchną ich w apatię. Jeśli już, to jest wręcz przeciwnie. Porównajcie misyjny zapał polskich fanów z sytuacją w Wielkiej Brytanii, gdzie nadmiar wyboru uczynił nas sytymi i znudzonymi, gdzie nie wymaga się żadnego wysiłku ani w zdobywaniu popu, ani w jego tworzeniu. Być może kultura rockowa potrzebuje poczucia oporu, barier, aby mogła kwitnąć. W Polsce to, z czym zmagają się grupy i fani, wydaje się być głównie uwarunkowaniami ekonomicznymi i brakiem zaplecza, a nie samą władzą. Trzeba się co prawda mierzyć z cenzurą – zbyt otwarcie polityczna „Konstytucja” Lecha Janerki dostała zakaz emisji w radiu – ale fakt, że Tonpress był w stanie wydać to w pierwszej kolejności na LP Janerki, wskazuje na rodzaj kulturowego pluralizmu. Trzy noce Festiwalu Marchewka (Carrot) odbywają się w Hali Gwardii, dużej, dość podupadłej hali sportowej w centrum Warszawy. Przechadzając się wśród publiczności, nie dostrzegam żadnych natychmiastowych różnic między polskimi fanami indie a ich brytyjskimi odpowiednikami – Polacy całkiem nieźle opanowali ten styl. To, co różni to wydarzenie, to jego skala – w Wielkiej Brytanii nigdy nie udałoby się zebrać 3–4 tysięcy ludzi, by zobaczyli grupy takie jak David Thomas czy The Shrubs. Inne różnice są subtelniejsze i bardziej złowieszcze – duża liczba milicjantów wokół, brak alkoholu, dziewięciometrowa kordonowa „fosa” między sceną a widownią.
Jasne punkty (Highlights): Die Tödliche Doris byli momentami genialni – podobała mi się ich „pieśń” z symultanicznym tłumaczeniem oraz ta, w której dwóch chłopców dokazuje nago. David Thomas and the Wooden Birds zagrali z zakręconym rodzajem dynamizmu, a Thomas został przyjęty niczym bóg. Pere Ubu są tutaj bardzo popularni. Szczególnie podobały mi się klawisze brzmiące jak chmara szarańczy. The Ex, holenderscy anarchiści, byli wybuchową mieszanką Crass i Sonic Youth. International Familija Radjo Varsava świetnie się prezentowała – scenografia niczym z „The Clangers”; występ, który zaprasza do (przyznaję, bardzo leniwego) porównania z The Residents – krzykliwe, abstrakcyjne, całkowicie puste gesty, które głośno i wściekle nic nie znaczą, świetne garnitury, gigantyczna łyżka i widelec spacerujące po scenie. „Muzyka”, której niekoniecznie chciałoby się słuchać w domu. Liberon mówi mi później, że zazwyczaj lubią potęgować ten wielozmysłowy nadmiar, bombardując publiczność specjalnymi bułgarskimi i rumuńskimi perfumami. A co najlepsze, prawdziwe odkrycie: Kampec Dolores – rodzaj węgierskiego zespołu w stylu „shambling”, z gitarzystą w małych okrągłych okularach i chudą dziewczyną w foku na wokalu. Ich podstawowe brzmienie to coś w rodzaju Beat Happening skrzyżowanego z Le Mystère des Voix Bulgares, ale na szczęście nie mają podświadomych zahamowań wynikających z systemów reguł naszych zespołów i bez ostrzeżenia przechodzą od łomotu w stylu Velvets do saksofonowego dziwactwa Jamesa Chance’a a la „świnia w rzeźni”. Niesamowite! Ich finałowy numer to arcydzieło – pędzący, radosny riff, który sugeruje, ale nigdy nie osiąga w pełni majestatu U2, przebity tak bolesnym, rozdartym śpiewem. Słabe punkty (Low points): The Shrubs – zimne resztki po Beefhearcie, miotające się i klapiące niczym przedłużająca się agonia ryby wyjętej z wody. Mortal Pronck – trafnie nazwana, fatalna holenderska grupa instrumentalno-rockowa przypominająca King Crimson. I dwa żałosne radzieckie zespoły, obecne prawdopodobnie tylko dlatego, że interesujące grupy podziemne nigdy nie dostałyby pozwolenia na opuszczenie kraju. Żołtyje Pocztyliony byli jak The Lotus Eaters i wywołali osobliwą polską reakcję, według mojego tłumacza Piotra – ironicznie przesadne brawa, sarkastycznie szaleńczy taniec, a nawet zapalone zapałki trzymane w górze podczas ballad. Maszina Wriemieni, ze swoją trupą taneczną w stylu Young Generation, wywołali po prostu czystą drwinę. 1979 To, co usłyszałem na festiwalu Marchewka, przypomniało mi modernistyczny ferment roku 1979 w Wielkiej Brytanii – tę utraconą przyszłość popu. Istnieje wiele powodów, dla których wschodnioeuropejska muzyka niezależna jest wciąż przywiązana do idei eksperymentalizmu, podczas gdy brytyjski indie-pop jest obecnie głównie tradycjonalistyczny lub postmodernistyczny. Jednym z powodów jest to, że zespół pojęć wokół formy wolnej, improwizacji, przełamywania barier i grupowej demokracji ma znacznie większy oddźwięk w znacznie bardziej kontrolowanym społeczeństwie, takim jak polskie. Innym powodem jest to, że Polska jest prawdopodobnie jeszcze bardziej nasycona mdłym euro-popem i sentymentalizmem typu MOR (muzyka środka) niż Wielka Brytania – wydaje się więc tym bardziej konieczne, by reagować przeciwko show-biznesowi i tradycyjnemu popowi. Problem z „alternatywą” polega na tym, że tyle wysiłku wkłada się w bycie „innym” wobec konwencjonalnych struktur i reakcji popowych, że rezultatem może być nadmierna, wręcz nieznośna idiosynkrazja, lawina niespodzianek i braku ciągłości. Może jestem wrogo nastawiony do tego typu rzeczy, ponieważ wymykają się one krytyce, a może nawet językowi; trudno uzasadnić instynktowne przeczucia co do tego, kto jest szarlatanem, a kto geniuszem. Wiele radykalnej muzyki z Europy Wschodniej wciąż myśli kategoriami, którymi posługiwało się Scritti Politti w 1979 roku – dekonstrukcją i demistyfikacją popu. Dla kogoś, kto przeszedł już tę fazę i teraz docenia fakt, że mainstream może wytwarzać własny rodzaj dziwności i szaleństwa, wiele z tych dźwięków brzmi niezręcznie i pretensjonalnie modernistycznie. Polski rock wydaje się również bardzo zorientowany na tekst – występuje w nim dydaktyzm, który jest zapewne wysoce istotny w polskim kontekście, gdzie pewne rzeczy muszą zostać powiedziane, ale który sprawia, że cieszę się, iż nie rozumiem języka. Walter Chełstowski: „Bardzo ważne jest, aby zrozumieć, że teksty nie są o miłości, ale o komentarzu politycznym i społecznym. Widzisz, ludzie, którzy piszą teksty, są szybsi i bystrzy od cenzorów, mówią między wierszami. W rzeczywistości obecność cenzorów ma nieoczekiwany, korzystny efekt uboczny, ponieważ zmusza tekściarzy do pisania lepszej poezji. Są zmuszeni mówić to, co chcą, poprzez aluzje, wieloznaczność i alegorię”. Perspektywy. Relacje POP między Zachodem a Wschodem są w tej chwili dość jednostronne. My nasycamy ich naszą kulturą pop, oni ją chłoną, czasem naśladują. W drugą stronę nic nie płynie. Dotyczy to w dużej mierze również „muzyki alternatywnej”. Istnieje szereg wschodnioeuropejskich zespołów, które są w stanie wnieść godny wkład w gatunki zdefiniowane przez krąg angloamerykański – jest doskonały polski zespół hardcore’owy o nazwie Armia, są też dobre grupy gotyckie (lub jak oni to nazywają – Cold Wave), jeśli ich szukacie. A grupa Aya nagrała całkiem popowe płyty, jak choćby wspaniały, tęskny i wirujący utwór „Nie zostawię” (połączenie „The Headmaster Ritual” z „Club Country”). To, co mogłoby stworzyć nowe brzmienie, to nie świadomy wysiłek, by się różnić lub wprowadzać innowacje, ale pewnego rodzaju przypadkowa i twórcza porażka – w ten sam sposób, w jaki The Kinks i The Rolling Stones próbowali brzmieć jak Muddy Waters i w tej porażce stworzyli coś nowego. Być może poprzez zmaganie się z czymś, co jest im obce, czymś egzotycznym sprowadzonym z daleka, czego jeszcze nie do końca opanowali, Wschód stworzy coś, co będzie obce i egzotyczne dla nas. Weźmy grupę taką jak Kampec Dolores – zespół, który nie stara się na siłę być inny, ale jest nieomylnie naznaczony krzykliwą innością. Coś w krtani…

1987 MARZEC PRASA

WZMIANKA O ZESPOLE REPORTAŻ

1987.03.29 – Tygodnik Pilski nr 13 (375), Henryk Palczewski, Piła >> pdf

Rock alternatywny. Totalne działania rockowe. Klub studencki „Eskulap” w Poznaniu przejawia ostatnio ożywioną działalność w organizowaniu koncertów grup z kręgu lub na pograniczu awangardy rockowej. Z racji wielu innych zajęć a także i odległości nie jestem w stanie przebywać w nich regularnie. A szkoda, gdyż dzieje się tam wiele bardzo interesujących spraw. Chciałbym wspomnieć o dwóch koncertach, które uważam za ważne wydarzenie artystyczne. „Obłąkany Fritz” – taki tytuł nosiło widowisko plastyczno-tatralno-filmowo-rockowe przygotowane przez pilsko-poznańską grupę Krew. Jest to zespół utworzony na bazie grupy Ręce Do Góry, ale stylistycznie całkiem odmienny. Co prawda koncertu nie widziałem, za to wysłuchałem bardzo dobrze nagraną kasetę. To co działo się na scenie, znam tylko z opowiadania i mogę sobie jedynie wyobrazić oddziaływanie całości tzn. muzyki, filmów, akcji scenicznej i działań plastycznych na sali. Takie wyobrażenie sobie jest jednak bardzo niebezpieczne i wolę je ominąć, a pozostać tylko przy muzyce. Ona sama też broni się doskonale i przynosi wiele zaskakujących wrażeń. Jest utrzymana w stylu dziwnego „jarmarcznego rocka”. Mocne, industrialne lub bardzo agresywne klimaty rockowe harmonizują z melodyjkami prosto z kabaretu, cyrku, ulicy. W efekcie sprawia to wrażenie jakiegoś paranoicznego rocka, groteski, determinackiej zabawy. Muzykę podkreślają melodeklamowane teksty o atmosferze nihilizmu i upadku, totalnej destrukcji i upadku wszelkich świętości. Chociaż utrzymana w klimacie psychodelicznego rocka, końcówka tchnie optymizmem. Mimo to jednak nie zaciera ona obłąkańczego klimatu całości. Czyżby to był obraz naszych czasów? Czy tylko zwątpienie? Drugi koncert, tym razem wysłuchany i obejrzany, który chciałbym zasygnalizować, to performance zespołu Radio Warszawa. To było również bardzo mocne wrażenie i chyba jeszcze bardziej przygniatające swoją wymową. Bardzo dobra oprawa plastyczna, kostiumy muzyków, akcje para-teatralne, światło, symbole, plastyka i muzyka. Była ona w dużej mierze puszczana z taśmy i dogrywana w „na żywo” przez muzyków. Nie posiada ona jednak wartości samoistnej. Jej wymowa, znaczenie, uwidacznia się tylko i wyłącznie przy równoczesnej obserwacji akcji scenicznej. Było to ponure widowisko, czasami za pomocą muzyki zamieniane w makabryczną groteskę. Od początku całość wyznaczała totalne napięcie, oczekiwanie w zagrożeniu na coś trudnego do określenia, ale w podświadomości budzące lęk, który pozostaje jeszcze długo po koncercie. Nie podejmę się jednoznacznej interpretacji wymowy tego surrealistyczno-science-fiction widowiska. Wydaje mi się nawet, że nie jest ona potrzebna. Chyba najbardziej istotna jest ta atmosfera zagrożenia i ataku na wartości konsumpcyjnej postawy. W obu przypadkach zachowanie publiczności było bardziej powściągliwe. Wydaje mi się, że nasza młoda publiczność jest całkiem nieprzygotowana do form rockowych przerastających konwencję. Na pewno w tym miejscu należy się ukłon prezenterom radiowym i krytykom z gazet muzycznych, którzy nadal zajmują się tylko i wyłącznie konwencjonalnym rokiem dla zabawy, robiąc z niego wielką sztukę. Czyżby oni też byli nieprzygotowani do odbioru rocka z kręgu, który chce być więcej niż tylko rozrywką do piwka? Obydwa koncerty podniosły mnie na duchu. Dobrze, że jeszcze są ludzie, którzy pomimo szalonych trudności i przeszkód starają się tworzyć. Przy okazji chciałbym zareklamować koncerty, które będą największym wydarzeniem na scenie rockowej w Polsce. W dniach 27-29 marca br. W Hali Gwardii w Warszawie odbędzie się festiwal muzyki rockowej wykraczającej poza schematy. Zapowiedział się m.in. ex-vocalista Pere Ubu – David Thomas, Test. Dept., Skeleton Crew, Cabaret Voltaire, a z Polski Radio Warszawa i Reportaż. Zapraszam tych co są wrażliwe na muzykę i tych, którzy szukają swojej wrażliwości. Będzie sporo emocji i wrażeń. H.P. (zachowano oryginalną pisownię nazw i zwrotów)

1987-03-29-MUZYKA-15-PRASA-Palczewski-Henryk-Tygodnik-Pilski-nr-13-375-Pila

1987 LUTY PRASA

O KONCERCIE REPORTAŻ

1987.02.01 – Magazyn Muzyczny nr 2 (336), Wiesław Królikowski, Warszawa >> pdf

Reportaż. trudno zaklasyfikować ten zespół i właściwie nawet mam wątpliwości, czy powinien wziąć udział tego rodzaju przeglądzie. Gorzej, że trudno odgadnąć intencje tworzącego go muzyków. Kwartet Reportaż ma dość nietypowy skład instrumentalny )fortepian, gitara basowa, perkusja, fagot), co już automatycznie gwarantuje „eksperymentalne” brzmienie. Członkom grupy marzy się jednak większy eksperyment. W rezultacie publiczność – stopniowo tracąca swe początkowo życzliwe nastawienie i coraz głośniej protestująca przeciw wykonywaniu kolejnych utworów – skazana była na obcowanie z muzyką tworzoną na zasadzie „collage”. W większości wykonanych utworów – całkiem bogatych w porównaniu z rockową średnią – można było m.in. wyszukać fragmenty niby-jazzowe, fragmenty „free”, zbliżone brzmieniem do awangardy z desek filharmonii sprzed mniej więcej dwudziestu lat, wreszcie niby-rockowe odcinki zdradzające inspiracje poczynaniami zespołów w rodzaju Pink Floyd czy Genesis (a może tylko mimowolną z nimi analogię?). W sumie robiło to wrażenie ilustracji muzycznej do jakiegoś spektaklu, nie nadającej się do samoistnej prezentacji na estradzie. Fragmenty instrumentalno-wokalne, pojawiające się głównie za sprawą perkusisty, który śpiewał nieudolnie modulowanym głosem, nieodparcie kojarzyły się z dźwiękiem i estetyką lalkowego teatrzyku dla dzieci. Chociaż jak się wydaje teksty – w założeniu – miały poważny, pseudofilozoficzny wydźwięk, mimo pociesznych niekiedy tytułów jak np. Bydlątko. (wk)  (zachowano oryginalną pisownię nazw i zwrotów)

Reportaż - artykuł, w Magazynie Muzycznym, recenzja Wiesława Królikowskiego, 1 luty 1987 r.

1986 GRUDZIEŃ PRASA

O KONCERTACH W OCZEKIWANIU NA TO SAMO

1986.12.01 – Non Stop nr 12 (171), Miłosz Wiśniewski, Warszawa >> pdf

To niemiłe wrażenie po pierwszym nocnym posiedzeniu całkowicie zatarła druga odsłona, a to głównie za sprawą poznańskiego Reportażu. W przeciwieństwie do wspomnianej wyżej warsztatowej indolencji co niektórych „awangardzistów”, członkowie tej grupy, wszechstronnie wykształceni muzycznie, z maestrią wykonali poszczególne impresje składające się na doskonały, spójny program, z zaskakującymi trawestacjami polskiego folkloru. Piękne było opracowanie plastyczne występu, pomagające wywołać odpowiedni nastrój. W czasie, gdy grał Reportaż, panowała cisza, dopiero po zakończeniu koncertu długo trwały brawa. (zachowano oryginalną pisownię nazw i zwrotów)

1986-12-01-MUZYKA-15-PRASA-Reportaz-festiwal-Rock-Front-VII-Miłosz-Wisniewski-Non-Stop-nr-12-171
1986-12-01-MUZYKA-15-PRASA-Reportaz-festiwal-Rock-Front-VII-Miłosz-Wisniewski-Non-Stop-nr-12-171

1986 LISTOPAD PRASA

1986.11.03 – Magazyn Muzyczny nr 11 (333), Grzegorz Brzozowicz, Warszawa. >> pdf

„Poza Kontrolą 7”. W mojej macierzystej redakcji „Non Stop” obowiązuje umowa, że recenzentami nie mogą być osoby choćby w niewielkim stopniu zaangażowane w zorganizowanie omawianej imprezy. Dlatego nie powstałby ten te tekst, gdyby nie niespodziewana oferta „MM”. Niespodziewana dla mnie, bowiem nie ukrywałem, że nie jestem zwolennikiem dotychczasowej linii „Magazynu”. Oczywiście będzie to całkowicie subiektywna ocena tego trzydniowego wydarzenia (?), gdyż jest rzeczą niemożliwą pisanie inaczej o czymś, co się samemu zrobiło. Dość szybko zdałem sobie także sprawę z tego, że nie będzie to również dokładna relacja. Muszę bowiem uczciwie przyznać, że w całości obejrzałem występy zaledwie sześciu zespołów. Tak już jest, że jak się za coś odpowiada, to nawet gdy wszystko przebiega bez zarzutu, ciężko wysiedzieć na jednym miejscu. Zatem, chcę się teraz podzielić bardziej ogólnymi refleksjami.
Już od dłuższego czasu w naszych publikatorach natarczywie przedziera się opinia o końcu polskiego rocka. Ciekawe, że zaczęli ją głosić ci, którzy dotychczas gloryfikowali rodzime gwiazdy. Oczywiście całkowite załamanie się naszego rockowego topu, pustki na koncertach i drastyczny spadek nakładów płyt były dla tych ludzi czymś całkowicie jednoznacznym. Rzeczywiście trudno mieć inne zdanie, znając rockową scenę z perspektywy przyscenicznych barów i orbisowskich hoteli i nie wiedząc, co dzieje się w klubach Śląska, Krakowa, Wrocławia, Trójmiasta i nawet Warszawy, omijając również Jarocin, gdzie prohibicja utrudnia przetrwanie festiwalowych dni. No cóż, jeśli się chce mieć jakiekolwiek pojęcie o polskim roku, to niestety trzeba tam bywać. Dość szybko do „fachowców” dołączyli różnorodni socjologizujący dyletanci, snujący zastraszające wizje szerzącej się muzycznej pustki, dekadencji i zdemoralizowania. Natychmiast doszła do głosu nasza rodzima tolerancja, której znakiem rozpoznawczym są zakazy i wyłączność do jedynie prawdziwych sądów. W ruch poszły scenariusze dobrze sprawdzone w walce z bikiniarzami czy długowłosymi. Ostoją fachowości stała się zreformowana Lista Przebojów. Pr. 1 PR i Telewizyjna Lista Przebojów. Bastion zawodowych kompozytorów, autorów tekstów i wykonawców posiadających oczywiście najwyższe weryfikacje, którzy już odzyskali pole wydarte im przez niepoprawnych rockmenów.
Każdy zdrowo myślący przyzna, że nienormalna była właśnie sytuacja z lat 1982-84, a nie obecna. W kraju, w którym nie istnieje rynek muzyczny zamówienia na album O! Maanamu osiągnęły taką liczbę, że członkowie grupy powinni przestać myśleć z trwogą o przyszłości, a zająć się czystą sztuką. Przy Zdrowo funkcjonujących zasadach sprzedano by dwa razy tyle płyt, co zamówiono, a przecież nie wytłoczono nawet połowy. Jako ciekawostkę przytoczę fakt, że w ciągu trzech dni trwania „Poza Kontrolą” w stoisku Tonpressu sprzedano więcej niektórych płyt niż wynosiły zamówienia handlu w kilku województwach! Jeżeli ktoś by mnie spytał, co należy zrobić, by uzdrowić nasz show business, to bez wahania odpowiedziałbym, że wystarczy wprowadzić sensowne reguły finansowe i wcale nic wielkiego bym nie odkrył. Takie od których zależnie byliby nie tylko muzycy, kompozytorzy, ale i realizatorzy dźwięku, szefowie firm fonograficznych, panie w działach kadr, w grafice, wytłaczacze, dystrybutorzy, sprzedawcy itd. Tylko gdyby zdarzył się jakiś bestseller, to wszyscy oni zarobiliby należne im pieniądze. I wszyscy oni wiedzieliby, ile zarobią na dobrze sprzedającej się płycie. No cóż, na razie to utopia.
Wyraźny spadek zainteresowania rockiem wśród młodych ludzi jest faktem. Czyżby jednak nikt nie wiedział, że mniej więcej co pięć lat następuje zmiana odbiorców tej muzyki, że na całym świecie małolaty potrzebują wciąż nowych twarzy i młodszych idoli? Czy jest mi ktoś w stanie pokazać na zachodzie grupę, która by przez pięć lat grała to samo i wciąż znajdowała się na szczycie? Czy jednak jest to koniec polskiego rocka? Kategorycznie mówię – nie, bowiem tuż obok głównego nurtu wyrosła nowa generacja muzyków i odbiorców, czego zauważyć już nie wszyscy chcieli.
Polska Nowa fala rodziła się w mękach, bez jakiejkolwiek pomocy, zainteresowania i wręcz na przekór radiowym prezenterom i rockowym specjalistom. Trudno było wymagać zrozumienia, jeśli nasi „fachowcy” byli zupełnie nieprzygotowani do muzycznej rewolucji końca lat siedemdziesiątych, wymagającej całkowitego zburzenia dotychczasowego systemu wartości. Oczywiście jeśli chodziło o rodzimych rebeliantów, to tym bardziej nie mogło być już dyskusji. Besztano Kryzys, mimo że nikt ze znawców nie dotarł na koncert zespołu, a opinie budowali na nagraniach dokonanych na próbie i wydanych przez zapobiegliwego francuskiego producenta. Po Kryzysie, KSU, Deadlocku i wczesnym Tilcie pozostały jedynie amatorskie nagrania. Kiedy nasi publicyści muzyczni kojarzyli nową falę z Maanamem i Trojanowską, działała już Brygada Kryzys – najważniejsza polska grupa rockowa ostatniego dziesięciolecia. Ciężkie warunki pracy, jak i bezkompromisowość jej członków, doprowadziły do rozwiązania kapeli pod koniec 1982 roku. Wówczas już jednak „odkryto” Republikę, która nadspodziewanie szybko wpasowała się do wymogów naszego show businessu. Równie szybko jej dotychczasowych fanów zmieniły piszczące małolaty. Jeżeli chciało się zaistnieć, należało godzić się na kompromisy, bo czy trzy lata temu usłyszano by o Klausie Mitffochu, gdyby nie udział w Turnieju Młodych Talentów?
Ostatnie lata pokazały że polski rock`n`roll nie wydał niestety prawdziwie wielkiego autora. Kolejne produkty Jackowskiego, Borysewicza, Hołdysa i innych, mniej znaczących, wykazywały w zasadzie wyraźną wtórność. Jedynie ubiegłoroczne koncerty Republiki dawały nadzieję, że Ciechowskiemu uda się pójść dalej. Jednak rozwiązanie zespołu odsunęło na jakiś czas odpowiedź, co do jego obecnych możliwości. Impotencja twórcza starych gwiazd zmusza do sięgania po rezerwy, a potencjał twórczy polskiego rocka leży niewątpliwie wśród off side`u. Wiadomo, że popularność młodzieżowych programów radiowych zależy od prezentowanej w nich muzyki, a nawet żebyśmy nie wiem jak chcieli, to Gayga nie przyciągnie słuchaczy. Oczywiście wszystko musi przejść odpowiednią selekcję w imię utrzymania wysokiego poziomu artystycznego. Ostatnie sukcesy Tiltu, Kultu czy wcześniejsze Randez Vous pokazały, że muzyka tych grup ma wiele cech komercyjnych. Kto pamięta dawne dokonania Kontroli W., Bikini, Nowomowy i nieistniejących już Dzieci Kapitana Klossa przyzna, że i teraz zespoły te mogłyby nieźle zamieszać na trójkowej liście. Wciąż bezskutecznie czekają na swoją szansę T. Love, Kosmetyki Mrs. Pinki i Bóm Wakacje w Rzymie, a są już nowi reprezentacji nowego popu: Call System, Sztywny Pal Azji czy debiutujące na „Poza Kontrolą” Miriam oraz Malarze i Żołnierze. Jednak szczerze wątpię, czy w obecnej sytuacji spośród tych kapel zrodzi się jakaś megagwiazda. Jednocześnie wraz z „końcem polskiego rocka” najbliższe miesiące przeniosą najlepszy zestaw płytowy w historii tej muzyki w naszym kraju. Są już albumy Aya RL i Voo Voo, zostały nagrane: Siekiery, Tiltu, Janerki (miałem je okazję słyszeć) i Rendez Vous. W studiu przebywa Obywatel G.C. i Kult.
Przy opisywaniu pierwszego okresu brytyjskiej rewolucji punk rockowej z reguły zawsze uwypukla się sprawę zatarcia granic pomiędzy wykonawcami a publicznością. Nie mam wcale zamiaru udowadniać, że podobne rzeczy miały również miejsce u nas, niemniej muszę poświęcić trochę miejsca odbiorcom tej muzyki. Przez długie lata polską new wave z pewnością należało zaliczać do typowych kierunków undergroundowych i to nie dlatego, by reprezentanci tego nurtu unikali popularności. Wręcz przeciwnie – każda kapela marzyła, by dokonać nagrań, a wiele z nich z braku perspektyw przestało istnieć lub popadło we frustracje (środowisko warszawskie). Muzycy i słuchacze wychowani w nieufności wobec oficjalnych poglądów po raz kolejny przekonali się, że nie mogą otrzymać tego, co lubią. Przy całkowitym braku ich muzyki na antenie radiowej, musieli sami sobie stworzyć własne obieg informacji. Jednym z przykładów jest las rąk z magnetofonami na koncertach. Tak, w dużym uproszczeniu, powstała nowa generacja rockowa. Pokolenie niepodporządkowane gustom radiowych prezenterów, kierujące się kryteriami własnymi, często bezwzględnymi (Republika). Początkowo uważano ich za margines, teraz jest ich coraz więcej. Zapełniają już nie tylko kluby w Warszawie czy Toruniu, lecz również w Trójmieście, Wrocławiu, w Krakowie i na Śląsku. Kto nie zauważył zachodzących zmian, musiał niestety słono zapłacić.
Obecny rok można uznać za rok krachu festiwali. Plajta „Rockowiska”, „Rock Areny” i „Olsztyńskich Nocy Bluesowych”, w sumie nie najwyższa frekwencja na „Metalmanii” i w Jarocinie. Z dużej strony nadkomplety na „I Zlocie Młodzieży Cynicznej Ery Atomowej” w Gdyni, na „I Przeglądzie Muzyki Nowej i Odjazdowej” w Katowicach, na „II Nadmorskim Festiwalu Wyłączności Nowa Scena” w Sopocie i prawdziwe boje o bilety na „Poza Kontrolą”. Wymowna jest również liczba sprzedanych kart wstępu na różne koncerty do tej samej sali, warszawskiej „Riviery”. Na Oddział Zamknięty poszło 140 biletów na Voo Voo niestety zaledwie 80, zaś na występie T. Love sala była pełna, a koncert Kultu mógłby być z powodzeniem powtórzony. Równie wielkim zainteresowaniem cieszy się „Róbrege”, choć przyznam, że nie darzę tego przeglądu większą sympatią. Po prostu uważam, że zbiera się tam towarzystwo wzajemnej adoracji, na co dowodem jest corocznie prawie identyczny skład wykonawców, niestety mających coraz mniej do powiedzenia.
No i wreszcie doszliśmy do „Poza Kontrolą 7”. Przed przedstawieniem moich wniosków z „Poza Kontrolą 7” należy wyjaśnić kilka spraw. Mimo że w nazwie przeglądu widniała siódemka to w Warszawie odbył się on dopiero po raz drugi. Liczba ta stanowi nawiązanie do organizowanego w latach 1980-84 w Toruniu „Festiwalu Nowej Fali”. Choć oba przeglądy mają wiele wspólnego, to występują też istotne różnice. Program główny „Poza Kontrolą” jest podzielony na dwie części: popołudniową, w której występują kapele, głównie wyłaniane z kaset oraz nocną, gdzie prezentowani są przedstawiciele awangardy rockowej. Z założenia przy kwalifikacji odrzucane są „gwiazdy” oraz grupy, które grały na przeglądzie w poprzednich latach, wyjątek stanowią prezentację nocne. Niewielkie szanse mają też typowe kapele punkowe, reggae i zimnofalowe, co wynika już z osobistego gustu organizatora.
Rozpocznę od oceny koncertów nocnych. Jak na razie, „Poza Kontrolą” jest jedynym miejscem w kraju (przez pewien okres w Poznaniu odbywał się „Festiwal Muzyki Nowej”), gdzie w szerszym wymiarze mogą przedstawić się rockowi eksperymentatorzy. Tegoroczne występy pokazały dwie różne koncepcje artystyczne. Jeśli podstawę stanowi atak wizualny, rodzaj muzycznego happeningu, to musi on być szczegółowo przemyślany i dramaturgicznie dopracowany, o czym niestety zapomniały krakowska Wahehe i rzeszowska Hiena. Pozostałe, występujące tej nocy grupy – Komitet ze Słupska i Raj z Wrocławia przeszły bez echa. Grające drugiego dnia zespoły również nie stroniły od form plastycznych, lecz u podstaw ich przekazu była muzyka. Poznański Reportaż jest najdłużej działającą krajową formacją awangardową i najbardziej konsekwentną w swoich poszukiwaniach. Ich muzyczne misterium, jak twierdzą obecni, było największym wydarzeniem artystycznym przeglądu, co mogę potwierdzić po wysłuchaniu nagrań. Równie ciekawy program, może jedynie zbyt długi, zaprezentowała gdyńska Apteka. Wprawdzie nie jest to kapela stricte awangardowa, jednak po raz kolejny udowodniła, że jest jedną z ciekawszych nowych grup w kraju. Mnie natomiast szczególnie cieszy, że rockowy eksperyment zyskuje coraz większe rzesze zwolenników.
Od razu przyznam, że koncerty popołudniowe nie przyniosły żadnego objawienia na miarę ubiegłorocznych występów reprezentantów Gdańskiej Sceny Alternatywnej. Fakt, że największe wrażenie zrobił występ jednodniowej formacji Out Of Control złożonej z trzech byłych instrumentalistów Republiki, Wojtka Konkiewicza i basisty zespołu The Stranglers Jean Jacques Burnela, który tym razem śpiewał, uwidocznił główny mankament wszystkich zespołów – brak profesjonalizmu. Program koncertu składał się z czterech numerów Stranglersów wcześniej przygotowanych przez republikanów, lecz muzycy wspólnie próbowali, i to nie w pełnym składzie, zaledwie półtorej godziny! Smutny jest też wciąż brak kapel czerpiących z korzeni rocka i muzycznej tradycji. Jedynym jasnym wyjątkiem w skali kraju jest debiutująca w ubiegłym roku na „Poza Kontrolą” Kobranocka, natomiast tym razem tylko Po Prostu pokazało, że rozumie na czym polega sceniczna ekspresja. Niestety gdańszczanie spalili się, w czym niemały udział miała awaria odsłuchów. Mimo wszystko nie jest tak czarno, gdyż zaobserwowałem dwie optymistyczne tendencje. Mija już na szczęście okres „partyzanckiego” rocka i zimnofalowych fascynacji. Wypierają je, wprawdzie jeszcze nie w pełni oryginalne i do końca dopracowane, lecz za to różnorodne propozycje. Równie ważnym wydaje sie akt, że na naszej nowofalowej mapie jest coraz mniej pustych miejsc, oczywiście – chodzi tu o zespoły, które mają coś do powiedzenia. Na przegląd dotarły po raz pierwszy kapele ze Słupska, Tarnowa, Białegostoku i dużo mniejszych miejscowości jak Chrzanów, Lublin czy Kożuchów. Jeżeli miałbym kogoś wyróżniać to: odjazdowy De Musk z Wrocławia (w jego składzie są m.in. Irena Jagiełko ex-Holy Toy , Paweł Chyliński ex-Klaus Mitffoch i Jan Rołt na stałe grający u Janerki), chwilami zafascynowany Cabaret Voltaire, szczeciński Kafel, kolejnych przedstawicieli nadmorskiego soundu w pop-jazzowym wydaniu Miriam i Call System oraz grające bez obciążenia Popołudniowe Kalafiory vel Róże Europy. Spore perspektywy ma chwalony już po Jarocinie Sztywny Pal Azji (świetne teksty, sprawnie instrumentaliści), lecz od samych muzyków zależy czy będzie to zespół dużego formatu, czy też nowy Trzeci Oddech Kaczuchy, co im momentami niestety zagraża. Inne „jarocińskie” grupy nie zaskoczyły niczym nowym. Białostocka Aguiree pokazała, że reformowalne jest środowisko piosenki studenckiej, w co przestałem już wierzyć i przedstawiła interesujący muzycznie program oparty na tekstach Mikołaja Sępa Szarzyńskiego. Była też próba, wprawdzie czasami nieudolna, punkowego kabaretu w wykonaniu tria Rozkrock. Zatem coś się w sumie dzieje.
Polski rock żyje, a jego dzień dzisiejszy tworzą trzydziestolatkowie: Janerka, Waglewski, Lipiński mający już dość jasno sprecyzowane koncepcje artystyczne i, co ważne, spore umiejętności. Mam nadzieję że dołączy do nich Ciechowski w nowym obliczu oraz na razie mało aktywna spółka Kukiz-Czerniawski. Ze starych-młodych jest Kult oraz prawdopodobnie najlepsza obecnie kapela Pancerne Rowery. Kolejna fala już wzbiera. Oczywiście piszę tu jedynie o Muzyce Ważnej. Grzegorz Brzozowicz  (zachowano oryginalną pisownię nazw i zwrotów)

Reportaż - artykuł, w Magazynie Muzycznym, relacja z festiwalu autorstwa Grzegorza Brzozowicza, zdjęcia Mirosław Makowski, 3 listopada 1986 r.
Reportaż - artykuł, w Magazynie Muzycznym, relacja z festiwalu autorstwa Grzegorza Brzozowicza, zdjęcia Mirosław Makowski, 3 listopada 1986 r.